środa, 14 lutego 2018

Machu Picchu - jak dojechać? Czyli, że bilet do Peru, to jeszcze nie wszystko!

Chciałam zacząć tę notkę tytułem:  Machu Picchu, czyli, jak zepsuć cud zmieniając go w turystyczną latrynę... :o Przemyślałam jednak i... nie. Zmieniłam zdanie. Co prawda tłumu i całego związanego z tym turystycznego piernicznika było stanowczo za dużo, ale jeśliby to odstraszało i odwodziło od zobaczenia jednego z 'Nowych Cudów Świata', to jednak byłoby szkoda.

Pójść/ pojechać - warto i trzeba. Bardzo warto i bardzo trzeba nawet. Po prostu - zaciśnijcie zęby i udawajcie, że tych wszytskich ludzi tam... NIE MA!




Maćku to główna atrakcja Peru, nie ma co się spierać. A skoro coś jest główną atrakcją - służy do... zbijania forsy (tu też nie ma co się spierać). Z tego też powodu, ani cena biletu , ani koszta związane z dotarciem na miejsce nie są niskie. No, ale czego się nie robi, żeby spełniać marzenia? Przecież trzeba odhaczyć tę pozycję na liście "Rzeczy do zrobienia przed śmiercią".

Jak to jednak zrobić?
No właśnie. Tu zaczynają się schody... (w dosłowni i przenośni). Do inkaskiego dziedzictwa można dotrzeć super drogim pociągiem, albo na piechotę. Innej drogi... NIE MA.

Sposób 1
------------

Inka Trail. 4-5-dniowy trekking po Andach. Cud - marzenie każdego odkrywcy, którego los obdarował nadwyżką gotówki. Trekking rozpoczynamy na 82, lub 88 kilometrze od Cusco w stronę Aguas Calientes. W pewnym momencie pociąg zatrzymuje się się w 'Niczym', a my wysiadamy i ruszamy ostro pod górę, w wilgotne jeszcze od porannej rosy gęstwiny dżungli.

Droga wiedzie prawdziwym inkaskim szlakiem utworzonym przed kilkuset laty. Trzeba tu jednak wykazać się nie lada kondycją, ze względu na przerzedzone  na takiej wysokości powietrze i niezliczoną ilość kamiennych schodków. Z drugiej strony, widoki i satysfakcja - gwarantowane. Po drodze mija się kilka mniej znanych, ale równie interesujących ruin. Owe interesują jednak, pod warunkiem, że akurat nie rzygamy, albo nie słaniamy się na nogach. Nie pomaga w podziwianiu krajobrazow osłabienie, ból głowy i nieodparte przekonanie, że w tym momencie zwedzanie może być ostatnią rzeczą, na jaką mamy ochotę (zaraz po... rzyganiu, spaniu i odrąbaniu sobie bolącej głowy).
Trasa jest  jednak spektakularna (z pewnością spodoba się tym, którzy z wysokością i wysiłkem radzą sobie lepiej). Uważa się ją za jedną z piękniejszych tras górskich. Niemożliwe jest jednak zwiedzanie jej samodzielnie, bez przewodnika. Nie ma co się dziwić - biznes, jest biznes, każdy chce zarobić.
Niestety - nie każdy będzie mógł sobie na nią pozwolić. 400-600 dolarów za kilkudniową wyczieczkę, nawet przy uwzględnieniu wszystkich walorów wizualno-edukacyjnych to nielada wyzwanie. Co prawda, w cenę wliczone są już bilety wstępu do samego Machu, ale koniec koncow - niewiele to zmienia.

Sposób 2
------------

Inka Jungle Trek. 2-dniowy trekking po dżungli, połączony z aktywnościami sportowymi w stylu zjazdów na linie, czy przepraw przez rzeki. Prowadzi przez Hidroelectricę, z której do Aguas Calientes już tylko 11 kilometrów (2 godzinki marszu). Potem trzeba jeszcze tylko wspiąć się na górę po kilkuset stopniach i po kolejnej 1.5 godzinki jest się na miejscu. 

Koszt, ok. 150 dolarów, w zależności od firmy prowadzącej. 

Po kilkugodzinnym zwiedzaniu Machu, czeka nas jeszcze zejście po tym samym milionie stopni na dół i nocleg, albo powrót piechotką do miejsca startu.

Sposób 3 
------------ 

Dojechać do Hidroelektrici możemy również na własną rękę. Stamtąd też możemy iść sami. Nie ma w tym zbędnej filozofii, poza tym, że chodzenie bezpośrednio po torach jest zabronione przez prawo. Lepiej trzymać się pobocza, nie tylko ze względu na bezpieczeństwo portfela, ale także swoje. Uważać należy również na komary i muszki, które na tej wysokości tną, jak porąbane. W przypadku amazońskich krwiopijców świetnie sprawdza się środek z dużą zawartością DEET (najlepiej 50%), ale należy pamiętać, aby wiedzionym entuzjazmem nie nadużywać go na polskich Mazurach, bo  nie jest zbyt bezpieczny dla skóry.
Sprej na insekty to jedno, ale jeśli naprawdę wybieracie się do dżungli na dłużej niż kilka minut, koniecznie zadbajcie o to, by maksymalnie około miesiąc przez wizytą  zaszczepić się na żółtą febrę. Peru należy do krajów ryzyka (co prawda nie aż tak dużego, jak środkowa Afryka, ale jednak), a choroba jest wyjątkowo nieprzyjemna. Lepiej  zapłacić stówkę, czy dwie, niż potem oglądać się na każego komara w delirce przerażenia. A może to ten?! 

Droga przez Hidroelectricę jest dość czasochłonna i wymaga około 2-3 dni (żeby obrócić w obie strony). Jest najtańsza (musimy kupić tylko bilet do Santa Teresaa, a potem to już pozostaje nam tylko siła własnych nóżek), ale musimy pamiętać o zaopatrzeniu na drogę i sprzęcie do spania. Z niebezpieczeństw, oprócz wszechobecnych insektów spragnionych naszej juchy, musimy uważać na kursujące ciągle po tej trasie pociągi. Na prostej drodze nic nas raczej nie potrąci, ale trzeba wiedziec, ze droga ta wiedzie przez tunele. A skoro to droga dla pociągów, to nie bardzo zaopatrzono ją w pobocza. Po przeczytaniu relacji jednej osoby, jak to z wielkim plecakiem gnała przez taki tunel, ścigana przez nadjeżdżającą, rozpędzoną lokomotywę... zrezygnowałam z tego brawurowego pomysłu. Oczywiście - co kto lubi. Ja niezczególnie przepadam za adrenaliną. 

A i jeszcze - po zwiedzeniu Machu, trzeba jakoś zejść na dół i albo (j. w.) spać w Aguas, które jest dość drogie (nieliczne hotele zaczynają swój cennik od 100 zł +), a jedzenie pozostawia wiele do życzenia (zarówno pod względem cen, jak i wyglądu; nie wiem, nie odważyłam się spróbować), albo iść z powrotem 11 km do Hydro I Santa Teresa... 

Sposób 4
-----------
Pociąg. Są dwa do wyboru. Peru Rail i Inka Rail. Oba horendalnie drogie, ale i tak tańsze, niż Inka Trail, oraz szybsze, niż wycieczka przez elektrownię. Można jechać z Cusco, jakieś 1.5 godziny za około 100-150 dolarów (w jedną stronę), albo z Ollantaytambo, 40 min., ok 70 dolarów. 

Ceny są sztucznie zawyżone (oczywiście!), a podaję i tak te najbardziej przystępne. Dla szczególnie wygodnickich utworzono jeszcze klasy premium, w których za "niewielką dopłatą rzędu kilkudziesięciu dolców dostaniemy dodatkowe ciastko, butelkę coli, albo nieco wygodniejszy fotel. Śmiesznostka? A jednak są ludzie, którzy za takie bzdury gotowi są zapłacić! 

Do brzegu. Ceny są zawyżone, bo? Bo... mogą! Najprostsze wytłumaczenie. Dalej szukać nie trzeba. Skoro, jak juz sobie powiedzielismy, innej drogi NIE MA, to na tej, która jest, można robić, co się chce. Obowiązują tu więc takie prawa i nikomu nic do tego. Nie podoba się, to nie jedź, proste. 

Na otarcie łez tych najbardziej oszczędnych, pociągi rzekomo są chociaż luksusowe. To tak, żeby mniej smutno było rozstać się z Zygmuntem I Starym. Nic bardziej mylnego. Niby na zdjęciach (i w opisie) wszystko pięknie i ładnie, a człowiek nastawia się na przejażdżkę niemalże Orient Expressem, tymczasem na stację podjeżdża zwykły skład, podobny do naszego kurnika  z PKP. Owszem, wstawiono w nim sufitowe okna, wymieniono fotele, dodano niepotrzebne stoły, które tylko bezsensownie zajmują miejsce (kto nie wytrzyma 30-90 minut bez stołu?!), oklejono ściany i zapuszczono jakiś odświeżacz powietrza, ale to ciągle ten sam stary, poczciwy pociąg, który doskonale znamy. Ok. W tle leci delikatna, inkaska muzyczka, a pani stewardessa  (zespół obsługi do każdego wagonu na pewno wcale nie podnosi niepotrzebnie kosztów) rozdaje kawę/herbatę/soczek (sztuk:1, żeby ci się przypadkiem za dużo nie zwróciło za bilet). Niby miło, ale czy naprawdę warte to 70 dolarów? 

Dla mnie nie. W środku czuję się, jak idiotka. Jak turystka z Hameryki, która wg tubylców nie potrafi się obejść bez obsługi i luksusu. Której trzeba nadskakiwać, kłaniać się w pas i podprowadzić za rączkę do drzwi, kiedy wypadnie nasz przystanek. A może raczej, jak durny portfel na nóżkach, który można wedle ochoty oskubać? Nie jest mi wcale komfortowo, nawet mimo wygodnych siedzeń. Wszak do poczucia komfortu potrzeba spokoju ducha, a ja... ja nie chcę być portfelem. 

Nie lubię wywalać forsy na niepotrzebne zbytki. Moi przyjaciele doskonale o tym wiedzą. Nie, nie jestem skąpa, nie żywię się chlebem i wodą (chociaż zdarzają się w mojej szafie ciuchy pamiętające moje liceum), ale nie mam potrzebny nadpłacać za hotele/taksówki czy drinki w ekskluzywnych pubach. Zdecydowanie bardziej wolę też (zwłaszcza na krótkie trasy, które nie wymagają ciszy do spania) jeździć z lokalnym folklorem i płacić odpowiednie dla lokalsów ceny. Skoro wcześniej za 40-minutowy przejazd autobusem płaciłam dolara, a teraz muszę wyłożyć 70, to sami możecie sobie wyobrazić, jaka to dla mnie nieprzyjemna różnica. 

Jak odległość tę przebywają Peruwiańczycy pracujący w rejonie Machu, skoro innej drogi nie ma? Czy też płacą tę zabójczą sumę? Nie. Widzieliśmy na własne oczy normalne, TANIE pociągi. One istnieją naprawdę i jeżdżą nimi tłumy. Warunki podobne, jak w naszych polskich PKP (czyli wcale niewiele gorsze, niż to, co nam zafundowano). Czemu więc nie pojechaliśmy tak samo? Proste: bilety na takie linie można kupić tylko za okazaniem dowodu rezydowania w regionie. Jak jesteś turystą, musisz płacić tyle, co inni turyści. Szkoda, że nikt nie przewidział, że turyści też pochodzą z różnych części świata i te chore ceny mogą znacznie nadwyrężyć ich  budżet. 

W końcu... nie każdy jest nadętym bufonem, albo idiotą ignorantem, żeby przepłacać takie pieniądze za coś, co ani tego nie wymaga, ani nie jest tego warte. 

***

Aha. W przypadku sposobu 2, 3 i 4, zaraz po przybyciu do Aguas Calientes przygoda wcale się nie kończy. Trzeba jeszcze wdrapać się na górę, pod dość stromą ścianę. Ok. 400 metrów wyżej. 

I znów, mamy dwa wyjścia do wyboru: 

1. Wjechać busem, jak 99% ludzi. Za 20-minutową podróż zakosami na 2400 m. zapłacimy ok. 12 $. Dla nas był to szczyt wszystkiego, więc olaliśmy to dodatkowe zdzierstwo, poświęcając tym samym szansę na dotarcie do miasta przed 9 rano, kiedy to turystów rzekomo mniej (biorąc pod uwagę, ile osób prosto z pociągu wyładowało się na peronie i ruszyło, na łeb na szyję do autobusów - niewielka różnica).

https://www.ticketmachupicchu.com/buy-bus-tickets-aguas-calientes-machu-picchu/

2. Wspinaczka. 400 metrów, ok. 1.5 godziny. Całkiem przyjemna wędrówka, choć dość męcząca i wprawiająca serce w takie tętno, że zawał niedaleko. Wbrew pozorom, idzie się jednak całkiem przyjemni i sprawnie. Czas mija szybko (tym bardziej, że można iść ścieżką pod górę, omijając asfaltowe zakręty). Zejście zajmuje około godziny, ale to w zależności od Waszego zmęczenia, bo schodów dużo, a uda trzęsą się, jak szalone (i nawet Chodakowska mnie nie uchroniła). 

***







Nie warto zabierać ze sobą za dużo ciuchów. My wzięliśmy po dwie bluzy, bo z Ollantaytambo wyjeżdżaliśmy około 6 rano i było jeszcze pieruńsko zimno, jednak już w Aguas upchnęliśmy polary do plecaków i wyciągnęliśmy je dopiero wieczorem, znów na stacji. Jak mówią przewodniki, na Machu jest albo żar nie w swój duch, albo mega ulewa - warto mieć coś od deszczu, ale (uwierzcie) wspinać się łatwiej, jak nie ciążą nam aż dwie grubaśne dodatkowe warstwy w plecaku. 

***

Bilet do Machu kosztuje: 70 $. 
Można go kupić tu: https://www.ticketmachupicchu.com/
Lepiej go sobie zarezerwować odpowiednio wcześniej, bo dziennie wpuszcza się tam tylko 2400 ludzi. Tym bardziej koniecznie rezerwujcie wcześniej, jeśli macie ochotę i plany wdrapać się na którąś z sąsiednich gór (bilety odpowiednio droższe). 




niedziela, 24 września 2017

Peru. Tajemnice, spekulacje, domysły, czyli pytania na które nie ma odpowiedzi.

Dlaczego Peru? Dlatego, że kocham niewyjaśnione historie sprzed wieków i uwielbiam głowić się nad zagadkami tajemniczych cywilizacji. Dlatego, że fascynująca kultura Inków, z ich enigmatycznymi zapisami kipu,  z ich ofiarami na szczytach wulkanów, z ich mistyczną ayhuaską, której osobiście się boję, ale lubię o niej czytać i wreszcie  od zawsze powodowała ciarki na moich plecach, a fakt, że gdzieś w dżungli po dziś dzień mogą żyć (i zapewne żyją) potomkowie, strażnicy Paititi (szerzej znanego, jako El Dorado) elektryzuje mnie i rozbudza wyobraźnię. Dlatego wreszcie, że osobiście nie wierzę też, że wszysto, co podaje się, jako dziecło Inków, faktycznie jest ich dziełem i to chyba fascynuje mnie w tym wszystkim najbardziej.




Kto stworzył fundamenty budowli, na których wzrosło inkaskie imperium? JAK stworzył to, co wzniesione być nie mogło za pomocą prymitywnych narzędzi przedkolumbijskich cywilizacji? A może to, co głosi oficjalna nauka to nie do końca prawda i metody, czy narzędzia, jakimi się posługiwali wcale nie były aż tak proste, jak nam się wydaje? No bo... jak inaczej wytłumaczyć 30-metrowej szerokości doskonałe kamienne drogi kultury Moche (na północy kraju), albo perfekcyjną obróbkę kamienia, kiedy do dyspozycji mamy tylko narzędzia z miedzi, złota, albo srebra? I jeszcze..., nawiasem mówiąc, po co ludziom sprzed kilkuset lat ulice szerokością przewyższające współczesne autostrady?

Ujmijmy ściśle to, czego niemal żadne z peruwiańskich muzeów nie mówi wprost: Inkowie NIE mieli żelaza. Jedyne, czym dysponowali, to to, czego na całym Starym Świecie tak bardzo brakowało: metale szlachetne. To, co mogłoby uczynić ludy Ameryki najpotężniejszymi i najbogatszymi w epoce renesansu, paradoksalnie przyczyniło się do ich sromotnego upadku właśnie z powodu braku czegoś tak pospolitego, jak żelazo.

Oczywiście, pomijając kwestie wierzeń i zabobonów związanych z legendą powrotu Wirakoczy. Bo, na upartego, nawet bez uzbrojenia równego Hiszpanom, mająć do dyspozycji dżunglę, góry tak wysokie, jak Andy i znajomość terenu, Inkowie mieli szanse się obronić, albo przynajmniej wydłużyć czas swojej egzystencji. Nawiasem mówiąc, sprawdziliśmy na sobie – skoro my ledwo ruszaliśmy się na wysokości 4 tysięcy metrów, jak przy tak rozrzedzonym powietrzu mieliby to efektywnie robić opancerzeni żołnierze z Europy, którzy na takiej wysokości nigdy wcześniej nie byli?

Mimo braku żelaza, czy jakichkolwiek innych narzędzi (nie wspominając już o technologii, bo przecież – jaką technologię mogli mieć ludzie (w dżungli!) około XV wieku?) na terenie dawnego imperium wzniesiono wiele budowli, które ewidentnie odstają swoim kunsztem od możliwości średniowiecznych rzemieślników. Fizyka zaś przeczy możliwości obróbki kamieni, w których je zbudowano przy pomocy tak prymitywnych przyrządów, jak miedziane noże i kamienne młotki. Co więcej, nawet przy wykorzystaniu dzisiejszych możliwości, niektóre ze znalezisk okazują się trudne do odtworzenia. 

Nieopodal Cusco, w Świętej Dolinie Urubamby znaleźć można wiele przesłanek świadczących o tym, że monumentalne i wspaniałe budynki mogły być kiedyś obserwatorami czegoś, czego my dziś  możemy się jedynie domyślać, albo o tym spekulować.



Sacsayhuaman – 

Ogromna twierdza rozciągająca się nad Cusco, otoczona murem długim na 540 metrów, a wysokim na 3. Jej część rozebrali jeszcze konkwistadorzy ze swoimi żołnierzami, aby pozyskać materiały do budowy domów w mieście, ale nawet mimo tego ciągle zdumiewa swym rozmachem.
Uwagę zwracają przede wszystkim wielkie kamienne bloki, z których zbudowano mur otaczający warownię. Ważą one od kilku do nawet kilkudziesięciu ton (a największy głaz ma wymiary 9x5x4 m i waży aż 360 ton!) a połączone są ze sobą tak ściśle, że pomiędzy nie nie da się wcisnąć nawet ostrza cienkiego noża. Zupełnie, jakby ktoś przed wkomponowaniem ich w ścianę dociął je tak dokładnie, żeby pasowały jeden do drugiego idealnie. Wspominałam może, że NIE użyto do tego żadnej zaprawy murarskiej? No właśnie...

„Doświadczenie wykonane przez angielskich naukowców w sławnym Stonehenge wykazało, że do przemieszczenia na rolkach kamiennego bloku o wadze jednej tony na lekko wznoszącym się terenie potrzeba 16 ludzi. Nasz kamyczek waży około 300 ton, a więc pomnóżmy 300 ton przez 16 ludzi i już wiemy, iż do jego transportu należało zatrudnić 4800 ludzi. Jeśli ustawimy ich przy dziesięciu linach, to każdą będzie ciągnąć 480 osób. Człowiek potrzebuje co najmniej 1.5 metra przestrzeni operacyjnej, a więc długość liny wyniesie 720 metrów! W ten sposób głaz jedynie zbliży się do muru! Kto przesunie go bliżej? 4800 ludzi pchających głaz od tyłu nie zdoła oprzeć dłoni nawet na jego najdłuższym boku. [...] Jak skoordynować pracę takiej masy ludzi? Przecież liny z włókien naturalnych mają tendencję do wydłużani się pod obciążeniem. Gdyby kilkusetosobowy zespół usiłował ciągnąć jedną linę, to ostatni w szeregu musiałby się przemieścić dalej od pierwszego, zanim lina uzyskałaby maksymalne naprężenie. Każdorazowe zaś zwolnienie napięcia zmuszałoby do ponownego niebagatelnego i bezproduktywnego wysiłku. Synchronizacja takiej liczby ludzi jest mocno wątpliwa.” J. Pałkiewicz, A. Kapłanek, El Dorado. Polowanie na legendę, Poznań 2005.







Kenko – 

 „zig zag” w języku Quechua, czyli „pełen załomów”, „labirynt”. To owalna, monumentalna konstrukcja pochodzenia naturalnego o przeznaczeniu sakralnym. Jedno z najświętszych miejsc Inków. Z boku wygląda to to, jak kupa głazów rzuconych jak popadnie na sam środek okrągłego placu, z góry jednak widać wyraźnie, że jest to całkiem przemyślana konstrukcja,  z wyrzeźbionymi w skale schodkami, oraz zygzakowatymi rowkami, którymi do małych niecek spływać miała krew ofiarnych zwierząt. 

Wewnątrz znajduje się masywny kamienny ołtarz, a przed budowlą monolit – falliczny głaz – symbol płodności (wedle legend – jeden z trzech zamienionych w kamień synów Inti).





Tambomachay – 

Konstrukcja znana dzięki Hiszpanom, jako „Łaźnia Inki”. Z języka Quechua można wysnuć inne tłumaczenia: tampu: zajazd, mach’ay: jaskinia, albo machay: pijaństwo.
Budowla składa się z licznych akweduktów, kanałów i wodospadów, prowadząc w tej sposób wodę pomiędzy tarasami. Fontanny, które wybudowano w tym miejscu działają do dziś. Zwróćcie uwagę na precyzę, z jaką kamieniarze obrobili kamienie tworzące ścianę za nimi!






Ollantaytambo – 

Potężna twierdza, bardzo trudna do zdobycia. Ostatnia z obronionych przed Hiszpanami. Góruje nad miastem, rozciągając się na wzgórzu rozległymi tarasami uprawnymi. Jeśli wespniemy się po niewygodnych, nieco zbyt dużych schodkach na samą górę, trafimy do warowni i przyległej do niej części świątynnej. Tak przynajmniej mówią przewodnicy i ustawiona tu również tabliczka „Temple del Sol” (świątynia słońca). Inkaska. Być może. Tylko... jak ludzie nie znający joła, wozu, ani narzędzi innych niż złote, srebrne czy miedziane, przytargali tu granitowe megality o wysokośi 4 metrów? Jak zbudowali z nich ściany? Jak sprawili, że prostokątne kamienie połączone zostały spoinami z wąskich płyt idealnie wpasowanych w szczeliny? Dlaczego włożono tak wiele wysiłku w transport i ewentualną obróbkę głazów, skoro do najbliższego kamieniołomu aż 6 kilometrów w górzystym terenie, a narzędzi ciągle brak? 






„Przed świątynią stoi sześć takich kamiennych olbrzymów o wysokości czterech metrów, niewątpliwie fragment jakiegoś muru. Jego konstrukcja różni się jednak odwszystkiego, co dotychczas oglądałem w Peru. Zamiast dokładnie obrobionych wielobocznych krawędzi, poszczególne prostopadłościenne elementy połąćzone są niezwykłymi spoinami z wąskich płyt kamiennych wypełniających dokładnie szczelinę. Najbardziej intryguje brak logicznego uzasadnienia dla wysiłku włożonego w obrobienie i przetransportowanie megalitów. Skalny grzbiet jest nazbyt wąski, by mieć jakieś strategiczne znaczenie.”





A jak wytłumaczyć sens ciosania megalitu z czerwonego porfiru, który zobaczyć można na jednym z tarasów? 70-tonowy kamień wykuto tak, że z dwóch boków wycięto w nim idealnie równe, prostokątne wnęki, tworząc coś na kształt dwuteownika. 

" Z punktu widzeia techniki budowlanej nawet dzisiaj, gdy dysponujemy piłami mechanicznymi do cięcia kamienia, diamentowymi tarczami szlifierskimi i takimi samymi wiertłami, jest to działanie pozbawione sensu. Natomiast należy wątpić w zdrowy rozsądek fachowca zabierającego się do takiego zadania za pomocą prostych narzędzi z kamienia i miedzi.” Tamże.


A wypustki widoczne na wielu kamieniach? Zakładając chęć wyciosania tego typu guzów, trzeba wziąć pod uwagę, że kamierzarz musiałby najpierw usunąć wierzchnią warstwę twardego przecież materiału i pozostawić jedynie mały fragment. W jakim celu? Ozdobnym? Czy tego typu ozdoba usprawiedliwia wysiłek podobnego formatu? Funkcjonalnym? Jaką funkcję miałyby pełnić, żeby zadano sobie tyle trudu? Niektórzy przewodnicy twierdzą, że wypustki służyły, jako uchwyty do mocowania lin podczas transportu. Czy jednak odstający na 10 cm wypustek o nachylonych, a nie prostopadłych wobec bloku ścianach uytrzymałby grube konopne liny podczas dźwigania wielotonowego ciężaru? Czemu w takim razie bloki wycięto w tak twardym materiale, zamiast użyć łatwiejszych w obróbce skał osadowych?




***

Kiedy po raz pierwszy czytałam Drogę do El Dorado, 12 lat temu, opisy tych miejsc zadziałały na moją wyobraźnię tak, że moim marzeniem stało się zobaczenie ich na własne oczy. Stanąć oko w oko z nieodgadnionym mistycyzmem, z tajemnicą, wobc której można tylko snuć wyobrażenia i domniemania. Może tak, jak ja zapragniecie je odwiedzić i sami sprawdzić, która wersja wydarzeń przekonuje Was najbardziej? 

Ja, zarówno podczas swoich studiów, podróży, jak i lektur nauczyłam się już, że treść oficjalnych podręczników nie zawsze głosi najprawdziwszą prawdę. W końcu, ilu z Was uczyło się o tym, że to Kolumb odkrył Amerykę, a na pomysł sprowadzenia Krzyżaków do Polski wpadł Mazowiecki[i]? A gdybym powiedziała, Że Przed Kolumbem byli Wikingowie? Ha! Przecież to akurat wszyscy wiedzą (ale w szkołach chyba nadal o tym nie wspominają). Jak jednak wytłumaczyć fenickie inskrypcje na budowlach w amazońskiej dżungli, albo rzymskie amfory wykopywane w stanowiskach archeologicznych?

Oficjalna nauka zamyka oczy i sprawy nie komentuje, udając, że jej w ogóle nie ma. Nie stawia się tu znaków zapytania, nie zostawia otwartej furtki, bo przecież to, co mogłoby stanowić wyjaśnienie jednocześnie przeczy wszystkim dotychczasowym ustaleniom. Przyznać, że któraś ze starych cywilizacji dysponowała wiedzą i technologiami przewyższającymi nasze – byłoby świętokradztwem wobec zaborczej polityki naukowej naszych czasów. Z kolei powiedzieć, że któreś z plemion otrzymało pomoc, albo wybudowało się na pozostałościach osad kogoś spoza Ziemi... no cóż, to już niemal  przyznanie się do szaleństwa, naiwna wiara w bajki rodem z filmów sci-fi.

A jednak budowle stoją i ktoś je zbudował. Jak? Nie wiadomo. I nie będzie wiadomo jeszcze długo. Bo... skoro nawet sami Inkowie wspominali konkwistadorom, że nie znają budowniczych i nie wiedzą, kto jest autorem, to skąd mamy to wiedzieć my?




[i] W rzeczywistości Amerykę przed Kolumbem odkryli jeszcze przynajmniej Wikingowie (ale wobec istnienia znalezisk archeologicznych pośród których w Ameryce znaleziono choćby rzymskie amfory, a w Egipcie, w grobowcu Ramzesa II zasuszone liście tytoniu historia kontaktów między Starym, a Nowym Światem może być „nieco” dłuższa ;) ). Aha, i jeszcze: na pomysł sprowadzenia świętojebliwych wpadł nikt inny, jak Henryk Brodaty.  

niedziela, 3 września 2017

Peru. Pierwsze wrazenia.

Peru jest łatwe. Z absurdów Ameryki Południowej, opisywanych przez mojego podróżniczego góru (którego, nawiasem mówiąc, za religijno-społeczne poglądy zwykłam nieznosić) nie pozostało już aż tak wiele, jak można by się tego obawiać. Gringo wśród dzikich plemion  napisany został zresztą już szmat czasu temu, a jak wiadomo, przez ostatnie kilka lat zarówno ustroje, jak i nastroje na świecie trochę się pozmieniały.
Założę się zresztą, że na pustkowiach, w dżungli, w dżungli z Indianami (a to jeszcze coś innego niż puszcza sama w sobie), na niebezpiecznych rubieżach, gdzie spotkanie oko w oko z bandytką jest bardziej prawdopodobne, niż znalezienie sklepu z butelką wody – jest trudniej. Trudniej i bardziej ekscytująco, ale jednak ciągle – trudniej.
Dżunglę i pustkowia mam nadzieję zobaczyć od środka przy którymś z następnych razów, o Indianach skrycie marzę, ale partyzantkę… partyzantkę wolałabym odłożyć na „nigdy”, bo po prostu nie wierzę w dobre intencje bandytów, którzy pod przykrywką walki o czerwoną idyllę mordują ludzi, jak popadnie. I nikt mnie nie przekona, że Che Guevara był wolnościowcem.
Tak, czy siak, Peru jest łatwe. I przyjemne. Mam wrażenie, że na pierwszą egzotyczną wyprawę, przed laty wybrałyśmy (ja i Mama) kraj trudniejszy, niż nam się wydawało (Indie). Oczywiście, zawsze mogło być trudniej (są przecież jeszcze takie zakątki świata, jak Ghana, czy Kongo), ale mogło też być łatwiej. Na przykład w Peru ;). Ameryka Południowa jest super i wcale nie tak dużo tego mañana, jak straszą (choć założę się, że wystarczy się udać na odludzie ;) ). 




Z pierwszych wrażeń, mogę powiedzieć tyle: infrastruktra dla podróżnych jest rozbudowana nie gorzej, niż w Polsce. W miescach tzw. turystycznych oczywiście, ale przecież u nas w Koziej Wólce też nie ma hoteli i restauracji. Wszędzie, gdzie trzeba jest internet, asfaltowa droga (mówię przecież, że TAM, GDZIE TRZEBA, a nie wszędzie!), bieżąca woda (nawet bez większych problemów – ciepła), czysta pościel (o co w takich Indiach niełatwo) i coś ciepłego do żarcia. Nie każdy pokój ma ogrzewanie (choć w górach byłoby przydatne), albo wiatrak (to z kolei na pustyni), ale za to każdy ma TV, a właściciel nie rozumie, czemu nie chcesz pilota (i wcale nie chodzi o „hiszpański bez napisów”, naprawdę!).
Co prawda, dalej pokutuje tu podział na: „mięso” i „kurczak”, więc będąc wegetarianinem trzeba się pilnować, żeby nie zamówić czegoś „bez”, a nie dostać „z”, ale opcji warzywnych jest ci tu dostatek (choć z kreatywnością bywa krucho). Z zaskoczeniem zaobserwowaliśmy, że gdzieniegdzie zdarzają się też knajpki wegańskie, organiczne i bezglutenowe, chociaż, jakby się zastanowić to przy tej obfitości awokado, i stu rodzajów ziemniaka nie powinno wydawać się to aż tak niezwykłe. O śmierć głodową w Peru nie tak łatwo (chyba, że trafisz do dżungli bez myśliwego).
Pod kątem jedzenia nie podobało nam się tylko w stolicy. Śmiem nawet twierdzić, że wpadliśy w jakiś rodzaj pułapki, bo miejsca, które chcieliśmy odwiedzić zawsze były zamknięte, chociaż powinny być otwarte, a te, które były otwarte, były albo nieziemsko drogie, albo nieziemsko głośne, albo nieziemsko obskurne (czasem wwszystkie opcje naraz). Paradoksalnie więc,  wbrew temu, co pisze Lonely Planet, w Limie głodowaliśmy najbardziej, a kuchnia była… no cóż, przeciętna.
Polubiliśmy jednak peruwiański styl przyprawiania potraw (uważam, że jadłam tam najlepiej zrobione ryby), dodawanie palty (awokado) do każdego dania, andyjski ser z mleka alpaki (podobny w smaku do greckiego halloumi) i sos z żółtych papryczek Aji, który wieńczy nowe ulubione danie Rafała  Aji de gallina:  ugotowane kawałki kury, ziemniaki, ryż, ugotowane jajko w ćwiatrkach, a to wszystko schowane pod pierzynką puszystego, słodko-ostrawego sosu, przyozdobione oliwkami (albo jedną, jeśli kucharz akurat oszczędza).
Absolutnym hitem dla mnie były świeże soki z pomarańczy, papaji, mango, i innych owoców, dostępne dosłownie wszędzie i na tyle tanie, że można było pić do oporu.
Co do cen, na myśl nasuwa mi się jedna uwaga: są nieproporcjonalne. Mam wrażenie, że przydzielanie ich wyglądało tak, że ktoś z wielkiego płóciennego worka wyciągał na chybił trafił kartoniki z cyframi i równie na chybił trafił przyklejał je do produktów. No bo, na przykład: za 5 soli (1 dolar = 3.3 sola) dostaniemy świeży sok, za 20 (gdyby ktoś akurat chciał) 2 drinki w cenie jednego (z okazji wiecznie trwającej happy hour), a z kolei, gdyby chciało się nabyć porcję ryżu, bo akurat złapało nas zatrucie i nic innego nie przechodzi przez gardło, to śpiewają horrendalną sumę: 7! Ponad 2 dolce za miseczkę ryżu w kraju, gdzie każdy wsuwa ryż, bo jest tani? Serio?
Ale! W Peru jest super, bo… ludzie są super. I się uśmiechają! Jest radośnie i miło, i wcale nie każdy (choć trzeba z tym uważać) widzi cię, jako chodzący porftel. Ludzie są życzliwi, pomocni (nawet taksówkarze i nawet, jeśli wcale nie chcesz akurat ich taksówkami jechać). Zatrzymują się na ulicy, pomagają,wskazują drogę ( i wcale nie próbują przy okazji wysłać nas do sklepiku wujka po pamiątki), zagadują w komunikacji miejskiej, pytają skąd jesteś, a na słowo Polonia reagują zdziwieniem i radością. Teraz już, co prawda, zaszczytne miejsce Wałęsy zajął Lewandowski, ale może to i dobrze ;). Peruwiańczycy bardzo pozytywnie reagują na to, że ktoś, z drugiego końca świata przyjechał zwiedzać ich kraj, a do tego mówi w ich języku, bo się go nauczył właśnie po to, żeby do niego przyjechać. Zajebiście, nie? Jak się tu nie cieszyć? Cieszą się więc i pozdrawiają! 







Przez cały czas czuliśy się, jak u siebie. Jak w domu. Jeszcze nigdzie nie widziałam tak wielu osób słuchających metalu i jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się, żeby te osoby (w tym pani strażniczka na lotnisku!) zaczepiały mnie, by pogadać o muzyce, albo pokazać metalowy symbol ręką na znak, że oni słuchają tego samego.
Do tego… krajobrazy – nieziemskie i różnorodne ( o ile akurat nie jedziesz kilkanaście godzin przez martwe pustkowia). Dżungla, góry, złote piaski pustyni, wybrzeże oceanu, wulkany, starożytne ruiny – kraj bogaty nie tylko w uśmiech, czy historię, ale i piękno.
♥ Peru. 












wtorek, 27 września 2016

Plaże rajskie i nierajskie. Koh Chang, Tajlandia. Gdzie plażować, a gdzie nie?


Nigdy nie byłam fanką ogromnych kurortów i superpopularnych plaż. No, może poza okresem, kiedy byłam małą dziewczynką i wtedy liczyła się dla mnie tylko woda, piasek i słońce (i może jeszcze jakaś budka z lodami). Lubiłam publiczne plaże bardziej, niż te dzikie, bo na Mazurach dzika plaża niewiele ma w sobie z romantyczności, a więcej z komarów, chaszczy i mulistego dna jeziora, które, krótko mówiąc, jest obrzydliwe w dotyku, zwłaszcza, jeśli pokryte jest wodorostami.
W odniesieniu do moich ostatnich podróży do Azji, publiczna plaża, czyli plaża z ogólnym dostępem, bezpłatna i w miarę czysta to niezupełnie to samo, co superpopularne kąpielisko, promowane głośno i kolorowo w gazetach i internetach. Nie to samo, a wręcz, że tak powiem zdecydowanie lepiej. Przekonałam się o tym podczas kilku tygodni spędzonych w Tajlandii, na wyspie Koh Chang.
Jak wybieraliśmy się w grudniu na tę niewielką (ale jednak jedną z największych w kraju) wyspę 6 godzin na południowy wschód od Bangkoku, nie wiedziałam, czego mam się spodziewać. Prawdę mówiąc, był to mój pierwszy raz w takich rajskich klimatach, a Lołnli Planet tylko szczątkowo i bardzo lakonicznie pisała na temat kąpielisk. Nie jestem zresztą typem plażowicza, który swój wolny czas spędzi, leżąc plackiem na piachu i gapiąc się w niebo (chociaż gapienie się w niebo akurat jest fajne), ale skoro już jadę po słońce i upał, to czemu by do tego kompletu nie dołożyć troche mieniącej się wody i miękkiego, białego piachu?
Wybraliśmy więc miejsce, mniej więcej w 1/3 długości wyspy, w pobliżu Khlong Prao Beach. Pisano o niej, że jest ok, że daje radę się wykąpać i że jeśli ktoś szuka spokoju, to będzie to miejsce dla niego. Wybór okazał się strzałem w dziesiątkę i, choć nie było tam śnieżnobiałego piasku, a ten który był może ciut bardziej ziarnisty, niż najdrobniejszy puder. Była jednak rajska palma z huśtawką, niesamowite widoki na zachód słońca (choć po tej stronie wyspy to akurat normalne), były panie, które z uśmiechem na ustach oferowały masaże i robiły je naprawdę fantastycznie, a przy tym niedrogo (no bo czy 25 zł za godzinę masażu wprost na plaży to dużo?), była wreszcie rajska i niedroga knajpka (naprawdę tania, jak barszcz, biorąc pod uwagę jakość jedzenia i lokalizację). Do tego, co najważniejsze, było czysto, w piachu żadnych śmieci, woda przejrzysta, bez farfocli i w ogóle cud, miód i orzeszki.


Khlong Prao Beach



Khlong Prao Beach

Khlong Prao Beach

Poczytałam jednak trochę o tak zwanej White Sand Beach, plaży białopiaskowej, i…. jak to bywa z dziewczynkami, natychmiast postanowiłam sprawdzić, czy przypadkiem nie przepada nam coś lepszego, fajniejszego i piękniejszego przede wszystkim. Już pal licho, że i tak na plaży siedzieliśmy tylko wieczorami, bo całe dnie spędzaliśmy na skuterze, zjeżdżając wyspę wzdłuż i wszerz, zatrzymując się na krótką chwilę w różnych miejscach po drodze, żeby ‘dać nura’. Ważny był fakt. Dziewczynki czasem tak mają ;).
Tylko, że najpopularniejsza plaza, która zresztą była pierwszym przystankiem od portu promowego, na której wysiadło z naszego tuk tuka większość osób (w tym grupa niemieckich emerytów), okazała się… OKROPNA.  O-KROP-NA.  Czegoś takiego w życiu nie widziałam. Bród, smród i… no nie, ubóstwo nie, bo przecież to najdroższy rejon wYspy, więc kasę akurat trzeba było mieć. 

Sama okolica też zresztą nie była specjalnie oszałamiająca. Duży ruch na ulicach, ogromny tłok, sklep na sklepie, bilboard na bilboardzie i jeszcze cała masa reklam i innych wywieszek. Zero rajskości, zero prywatności, za to dużo miejskości w kiepskim wydaniu. 

Nie wiem,czy to z powodu ilości ludzi, czy może raczej usposobienia  tych, którzy tam się zatrzymywali, a musieli być w większości nastawieni raczej na imprezy, niż jednoczenie z naturą, ale ujrzałam obraz nędzy i rozpaczy. Chociaż miałam zamiar zanurzyć się wtedy w wodzie, bo mimo poranka temperatura sięgała już na pewno nieźle powyżej 35 stopni, nie odważyłam się wejść do wody. Wszędzie pływały śmieci, woreczki, foliowe kawałki opakowań, butelki, kapsle, nakrętki, sznurki, srurki i co tylko chcecie (albo raczej, czego nie chcecie). Na piasku, który być może nawet i był biały, pełno było tegoż samego śmiecia i ciężko było iść bez butów, żeby nie rozcharatać nogi o coś wystającego z ziemi. Było co prawda kilka rajskich palemek i sznurowych huśawek dyndających smętnie na wietrze, ale miały one nieszczęście wisieć nad ‘urokliwymi’ strumykami ścieków z pobliskich restauracji, które przy akompaniamencie połyskującego na ich taflach słońca spływały radośnie wprost do morza.

Zdegustowana, przerażona ogromem ludzkiej bezmyślności i głęboko zasmucona tym, co zobaczyłam, zawinęłam się czym prędzej i uciekłam. Na inne plaże. Na drugim brzegu wyspy, tam, gdzie turyści docierają rzadziej.

White Sand Beach







White Sand Beach

White Sand Beach


White Sand Beach

White Sand Beach
I znowu: dwa kąpieliska zupełnie poza zasięgiem większości ludzi (na wschodnią stronę Koh Chang bez wypożyczonego skutera dostać się ciężko), okazały się fantastyczne, czyste i przyjemne, a przecież do popularności im daleko.
Na tak zwanej Amber Beach, przylagającej zresztą do jednego z hoteli (jednym z niewielu w tej okolicy), ale udostępnianej tym, którzy chcą skorzystać z dostępu do morza, było cichutko i spokojnie. Fale były tu delikatne, a krajobraz balansował na pograniczu azjatyckiej egzotyki i swoiskich Mazur. Miejsce idealne do wyciszenia się, albo przyjechania z dzieckiem. Piasek, jak sama nazwa sugeruje, był tu pomarańczowo-złoty, przyjemnie kontrastował z głębokim błękitem morza i nieba. Dookoła rozciągał się ogród i las palm kokosowych.

Amber Beach
Amber Beach

Amber Beach

Amber Beach
Z kolei na drugiej, odległej o kilkanaście kilometrów Long Beach, strome (jak dla skutera) pagórki, setki ostrych kamieni, gęsty las i rodzinę małp piknikujących na środku drogi, zobaczyliśmy mały, sekretny raj, rodem z bajki. Była długa, pustawa, ciągnąca się w dal plaża okolona wianuszkiem palm i zakończona malowniczym górzystym cyplem, były leniwe fale i czysty piasek. Nad wodą tylko jedna knajpka, sklecona z desek i strzechy, ze sporym tarasem, hamakami i poduszkami rozrzuconymi na podłodze do siedzenia. W niej: owocowe szejki i omlety ze  świeżym kokosem i czekoladą. I jeszcze: kilka domków na drzewach, w których można przenocować, jeśli ktoś da radę dotrzeć tu z plecakiem. Bez klimy, ale klimatycznie J. Rajskość. Long Beach była cudowna, ukryta, niedostęna i… długa, ale w inny sposób, niż to sobie wyobrażaliśmy. Długośc jej polegała nie na rozciągniętej w metrach połaci piachu, ale na tym, że do wody można było iść i iść, i iść… i ciągle nie było się głębiej, niż po kolana. Po kolana w zupie, bo przecież takie płycizny nagrzewają się szybko J.


Long Beach

Long Beach


Wyjeżdżaliśmy z tego miejca podekscytowani odkryciem i szczęśliwi, że podjęliśmy wysiłek pokonania na słabym skuterze stromizn i wybojów. Żałowaliśmy odrobinę, że gromadzące się chmury przegoniły nas z tego przylądka, ale czasem niedosyt jest lepszy niż przesyt. Wróciliśmy do siebie i po całym dniu spędzonym na dwóch kołach zatopiliśmy się w sennym i olśniewającym zachodzie słońca na naszej Khlog Prao.
***

 W tym miejscu czas na konkluzję: jeśli naprawdę zastanawiacie się, gdzie zamieszkać i gdzie się kąpać na Koh Chang, to zdecydowanie polecam okolicę, przy której my się zatrzymaliśmy. Jest tam cicho i spokojnie, ale nie jest nudno, bo w razie pragnienia, głodu jest gdzie się posilić, wieczorami są pokazy żonglowania ogniem i przez cały dzień można sobie zafundować masaż. Spieszę jednak z zapewnieniem, że wyspa oferuje o wiele więcej, niż tylko leżenie plackiem nad wodą i jeśli tylko zechcecie ją zwiedzać, to i tak nie wystarczy wam czasu na bezczynne smażenie się na słońcu J.
Dalej w dół, są jeszcze dwie, godne uwagi, miejscówki: Bailan Beach i Kai Bae Beach. Obie dość imprezowe, z dużą liczbą barów i knajpek na plaży (są też dyskoteki), ale z przyjemnymi kąpieliskami i dużo swobodniejszą, żywszą i sympatyczniejszą atmosferą, niż nadęta i brudna White Sand Beach. Klimat tam jest nieco hippisowski, jest kolorowo i radośnie, wszędzie gra muzyka i wszyscy się uśmiechają. Uwaga: nie znajdziecie tam raczej eleganckich knajpek, ani kieliszków do wina na stołach  (o ile gdziekolwiek na tej wyspie takie są, to na pewno nie tam :P).

Co do najpopularniejszej plaży, mekki niemieckich turystów-emerytów i pań z tipsami dłuższymi niż ich własne nosy – musicie zdecydować sami. Ja White Sand Beach zdecydowanie  nie polecam.


Buziaki i do usłyszenia! J


Kai Bae Beach