niedziela, 24 września 2017

Peru. Tajemnice, spekulacje, domysły, czyli pytania na które nie ma odpowiedzi.

Dlaczego Peru? Dlatego, że kocham niewyjaśnione historie sprzed wieków i uwielbiam głowić się nad zagadkami tajemniczych cywilizacji. Dlatego, że fascynująca kultura Inków, z ich enigmatycznymi zapisami kipu,  z ich ofiarami na szczytach wulkanów, z ich mistyczną ayhuaską, której osobiście się boję, ale lubię o niej czytać i wreszcie  od zawsze powodowała ciarki na moich plecach, a fakt, że gdzieś w dżungli po dziś dzień mogą żyć (i zapewne żyją) potomkowie, strażnicy Paititi (szerzej znanego, jako El Dorado) elektryzuje mnie i rozbudza wyobraźnię. Dlatego wreszcie, że osobiście nie wierzę też, że wszysto, co podaje się, jako dziecło Inków, faktycznie jest ich dziełem i to chyba fascynuje mnie w tym wszystkim najbardziej.




Kto stworzył fundamenty budowli, na których wzrosło inkaskie imperium? JAK stworzył to, co wzniesione być nie mogło za pomocą prymitywnych narzędzi przedkolumbijskich cywilizacji? A może to, co głosi oficjalna nauka to nie do końca prawda i metody, czy narzędzia, jakimi się posługiwali wcale nie były aż tak proste, jak nam się wydaje? No bo... jak inaczej wytłumaczyć 30-metrowej szerokości doskonałe kamienne drogi kultury Moche (na północy kraju), albo perfekcyjną obróbkę kamienia, kiedy do dyspozycji mamy tylko narzędzia z miedzi, złota, albo srebra? I jeszcze..., nawiasem mówiąc, po co ludziom sprzed kilkuset lat ulice szerokością przewyższające współczesne autostrady?

Ujmijmy ściśle to, czego niemal żadne z peruwiańskich muzeów nie mówi wprost: Inkowie NIE mieli żelaza. Jedyne, czym dysponowali, to to, czego na całym Starym Świecie tak bardzo brakowało: metale szlachetne. To, co mogłoby uczynić ludy Ameryki najpotężniejszymi i najbogatszymi w epoce renesansu, paradoksalnie przyczyniło się do ich sromotnego upadku właśnie z powodu braku czegoś tak pospolitego, jak żelazo.

Oczywiście, pomijając kwestie wierzeń i zabobonów związanych z legendą powrotu Wirakoczy. Bo, na upartego, nawet bez uzbrojenia równego Hiszpanom, mająć do dyspozycji dżunglę, góry tak wysokie, jak Andy i znajomość terenu, Inkowie mieli szanse się obronić, albo przynajmniej wydłużyć czas swojej egzystencji. Nawiasem mówiąc, sprawdziliśmy na sobie – skoro my ledwo ruszaliśmy się na wysokości 4 tysięcy metrów, jak przy tak rozrzedzonym powietrzu mieliby to efektywnie robić opancerzeni żołnierze z Europy, którzy na takiej wysokości nigdy wcześniej nie byli?

Mimo braku żelaza, czy jakichkolwiek innych narzędzi (nie wspominając już o technologii, bo przecież – jaką technologię mogli mieć ludzie (w dżungli!) około XV wieku?) na terenie dawnego imperium wzniesiono wiele budowli, które ewidentnie odstają swoim kunsztem od możliwości średniowiecznych rzemieślników. Fizyka zaś przeczy możliwości obróbki kamieni, w których je zbudowano przy pomocy tak prymitywnych przyrządów, jak miedziane noże i kamienne młotki. Co więcej, nawet przy wykorzystaniu dzisiejszych możliwości, niektóre ze znalezisk okazują się trudne do odtworzenia. 

Nieopodal Cusco, w Świętej Dolinie Urubamby znaleźć można wiele przesłanek świadczących o tym, że monumentalne i wspaniałe budynki mogły być kiedyś obserwatorami czegoś, czego my dziś  możemy się jedynie domyślać, albo o tym spekulować.



Sacsayhuaman – 

Ogromna twierdza rozciągająca się nad Cusco, otoczona murem długim na 540 metrów, a wysokim na 3. Jej część rozebrali jeszcze konkwistadorzy ze swoimi żołnierzami, aby pozyskać materiały do budowy domów w mieście, ale nawet mimo tego ciągle zdumiewa swym rozmachem.
Uwagę zwracają przede wszystkim wielkie kamienne bloki, z których zbudowano mur otaczający warownię. Ważą one od kilku do nawet kilkudziesięciu ton (a największy głaz ma wymiary 9x5x4 m i waży aż 360 ton!) a połączone są ze sobą tak ściśle, że pomiędzy nie nie da się wcisnąć nawet ostrza cienkiego noża. Zupełnie, jakby ktoś przed wkomponowaniem ich w ścianę dociął je tak dokładnie, żeby pasowały jeden do drugiego idealnie. Wspominałam może, że NIE użyto do tego żadnej zaprawy murarskiej? No właśnie...

„Doświadczenie wykonane przez angielskich naukowców w sławnym Stonehenge wykazało, że do przemieszczenia na rolkach kamiennego bloku o wadze jednej tony na lekko wznoszącym się terenie potrzeba 16 ludzi. Nasz kamyczek waży około 300 ton, a więc pomnóżmy 300 ton przez 16 ludzi i już wiemy, iż do jego transportu należało zatrudnić 4800 ludzi. Jeśli ustawimy ich przy dziesięciu linach, to każdą będzie ciągnąć 480 osób. Człowiek potrzebuje co najmniej 1.5 metra przestrzeni operacyjnej, a więc długość liny wyniesie 720 metrów! W ten sposób głaz jedynie zbliży się do muru! Kto przesunie go bliżej? 4800 ludzi pchających głaz od tyłu nie zdoła oprzeć dłoni nawet na jego najdłuższym boku. [...] Jak skoordynować pracę takiej masy ludzi? Przecież liny z włókien naturalnych mają tendencję do wydłużani się pod obciążeniem. Gdyby kilkusetosobowy zespół usiłował ciągnąć jedną linę, to ostatni w szeregu musiałby się przemieścić dalej od pierwszego, zanim lina uzyskałaby maksymalne naprężenie. Każdorazowe zaś zwolnienie napięcia zmuszałoby do ponownego niebagatelnego i bezproduktywnego wysiłku. Synchronizacja takiej liczby ludzi jest mocno wątpliwa.” J. Pałkiewicz, A. Kapłanek, El Dorado. Polowanie na legendę, Poznań 2005.







Kenko – 

 „zig zag” w języku Quechua, czyli „pełen załomów”, „labirynt”. To owalna, monumentalna konstrukcja pochodzenia naturalnego o przeznaczeniu sakralnym. Jedno z najświętszych miejsc Inków. Z boku wygląda to to, jak kupa głazów rzuconych jak popadnie na sam środek okrągłego placu, z góry jednak widać wyraźnie, że jest to całkiem przemyślana konstrukcja,  z wyrzeźbionymi w skale schodkami, oraz zygzakowatymi rowkami, którymi do małych niecek spływać miała krew ofiarnych zwierząt. 

Wewnątrz znajduje się masywny kamienny ołtarz, a przed budowlą monolit – falliczny głaz – symbol płodności (wedle legend – jeden z trzech zamienionych w kamień synów Inti).





Tambomachay – 

Konstrukcja znana dzięki Hiszpanom, jako „Łaźnia Inki”. Z języka Quechua można wysnuć inne tłumaczenia: tampu: zajazd, mach’ay: jaskinia, albo machay: pijaństwo.
Budowla składa się z licznych akweduktów, kanałów i wodospadów, prowadząc w tej sposób wodę pomiędzy tarasami. Fontanny, które wybudowano w tym miejscu działają do dziś. Zwróćcie uwagę na precyzę, z jaką kamieniarze obrobili kamienie tworzące ścianę za nimi!






Ollantaytambo – 

Potężna twierdza, bardzo trudna do zdobycia. Ostatnia z obronionych przed Hiszpanami. Góruje nad miastem, rozciągając się na wzgórzu rozległymi tarasami uprawnymi. Jeśli wespniemy się po niewygodnych, nieco zbyt dużych schodkach na samą górę, trafimy do warowni i przyległej do niej części świątynnej. Tak przynajmniej mówią przewodnicy i ustawiona tu również tabliczka „Temple del Sol” (świątynia słońca). Inkaska. Być może. Tylko... jak ludzie nie znający joła, wozu, ani narzędzi innych niż złote, srebrne czy miedziane, przytargali tu granitowe megality o wysokośi 4 metrów? Jak zbudowali z nich ściany? Jak sprawili, że prostokątne kamienie połączone zostały spoinami z wąskich płyt idealnie wpasowanych w szczeliny? Dlaczego włożono tak wiele wysiłku w transport i ewentualną obróbkę głazów, skoro do najbliższego kamieniołomu aż 6 kilometrów w górzystym terenie, a narzędzi ciągle brak? 






„Przed świątynią stoi sześć takich kamiennych olbrzymów o wysokości czterech metrów, niewątpliwie fragment jakiegoś muru. Jego konstrukcja różni się jednak odwszystkiego, co dotychczas oglądałem w Peru. Zamiast dokładnie obrobionych wielobocznych krawędzi, poszczególne prostopadłościenne elementy połąćzone są niezwykłymi spoinami z wąskich płyt kamiennych wypełniających dokładnie szczelinę. Najbardziej intryguje brak logicznego uzasadnienia dla wysiłku włożonego w obrobienie i przetransportowanie megalitów. Skalny grzbiet jest nazbyt wąski, by mieć jakieś strategiczne znaczenie.”





A jak wytłumaczyć sens ciosania megalitu z czerwonego porfiru, który zobaczyć można na jednym z tarasów? 70-tonowy kamień wykuto tak, że z dwóch boków wycięto w nim idealnie równe, prostokątne wnęki, tworząc coś na kształt dwuteownika. 

" Z punktu widzeia techniki budowlanej nawet dzisiaj, gdy dysponujemy piłami mechanicznymi do cięcia kamienia, diamentowymi tarczami szlifierskimi i takimi samymi wiertłami, jest to działanie pozbawione sensu. Natomiast należy wątpić w zdrowy rozsądek fachowca zabierającego się do takiego zadania za pomocą prostych narzędzi z kamienia i miedzi.” Tamże.


A wypustki widoczne na wielu kamieniach? Zakładając chęć wyciosania tego typu guzów, trzeba wziąć pod uwagę, że kamierzarz musiałby najpierw usunąć wierzchnią warstwę twardego przecież materiału i pozostawić jedynie mały fragment. W jakim celu? Ozdobnym? Czy tego typu ozdoba usprawiedliwia wysiłek podobnego formatu? Funkcjonalnym? Jaką funkcję miałyby pełnić, żeby zadano sobie tyle trudu? Niektórzy przewodnicy twierdzą, że wypustki służyły, jako uchwyty do mocowania lin podczas transportu. Czy jednak odstający na 10 cm wypustek o nachylonych, a nie prostopadłych wobec bloku ścianach uytrzymałby grube konopne liny podczas dźwigania wielotonowego ciężaru? Czemu w takim razie bloki wycięto w tak twardym materiale, zamiast użyć łatwiejszych w obróbce skał osadowych?




***

Kiedy po raz pierwszy czytałam Drogę do El Dorado, 12 lat temu, opisy tych miejsc zadziałały na moją wyobraźnię tak, że moim marzeniem stało się zobaczenie ich na własne oczy. Stanąć oko w oko z nieodgadnionym mistycyzmem, z tajemnicą, wobc której można tylko snuć wyobrażenia i domniemania. Może tak, jak ja zapragniecie je odwiedzić i sami sprawdzić, która wersja wydarzeń przekonuje Was najbardziej? 

Ja, zarówno podczas swoich studiów, podróży, jak i lektur nauczyłam się już, że treść oficjalnych podręczników nie zawsze głosi najprawdziwszą prawdę. W końcu, ilu z Was uczyło się o tym, że to Kolumb odkrył Amerykę, a na pomysł sprowadzenia Krzyżaków do Polski wpadł Mazowiecki[i]? A gdybym powiedziała, Że Przed Kolumbem byli Wikingowie? Ha! Przecież to akurat wszyscy wiedzą (ale w szkołach chyba nadal o tym nie wspominają). Jak jednak wytłumaczyć fenickie inskrypcje na budowlach w amazońskiej dżungli, albo rzymskie amfory wykopywane w stanowiskach archeologicznych?

Oficjalna nauka zamyka oczy i sprawy nie komentuje, udając, że jej w ogóle nie ma. Nie stawia się tu znaków zapytania, nie zostawia otwartej furtki, bo przecież to, co mogłoby stanowić wyjaśnienie jednocześnie przeczy wszystkim dotychczasowym ustaleniom. Przyznać, że któraś ze starych cywilizacji dysponowała wiedzą i technologiami przewyższającymi nasze – byłoby świętokradztwem wobec zaborczej polityki naukowej naszych czasów. Z kolei powiedzieć, że któreś z plemion otrzymało pomoc, albo wybudowało się na pozostałościach osad kogoś spoza Ziemi... no cóż, to już niemal  przyznanie się do szaleństwa, naiwna wiara w bajki rodem z filmów sci-fi.

A jednak budowle stoją i ktoś je zbudował. Jak? Nie wiadomo. I nie będzie wiadomo jeszcze długo. Bo... skoro nawet sami Inkowie wspominali konkwistadorom, że nie znają budowniczych i nie wiedzą, kto jest autorem, to skąd mamy to wiedzieć my?




[i] W rzeczywistości Amerykę przed Kolumbem odkryli jeszcze przynajmniej Wikingowie (ale wobec istnienia znalezisk archeologicznych pośród których w Ameryce znaleziono choćby rzymskie amfory, a w Egipcie, w grobowcu Ramzesa II zasuszone liście tytoniu historia kontaktów między Starym, a Nowym Światem może być „nieco” dłuższa ;) ). Aha, i jeszcze: na pomysł sprowadzenia świętojebliwych wpadł nikt inny, jak Henryk Brodaty.  

niedziela, 3 września 2017

Peru. Pierwsze wrazenia.

Peru jest łatwe. Z absurdów Ameryki Południowej, opisywanych przez mojego podróżniczego góru (którego, nawiasem mówiąc, za religijno-społeczne poglądy zwykłam nieznosić) nie pozostało już aż tak wiele, jak można by się tego obawiać. Gringo wśród dzikich plemion  napisany został zresztą już szmat czasu temu, a jak wiadomo, przez ostatnie kilka lat zarówno ustroje, jak i nastroje na świecie trochę się pozmieniały.
Założę się zresztą, że na pustkowiach, w dżungli, w dżungli z Indianami (a to jeszcze coś innego niż puszcza sama w sobie), na niebezpiecznych rubieżach, gdzie spotkanie oko w oko z bandytką jest bardziej prawdopodobne, niż znalezienie sklepu z butelką wody – jest trudniej. Trudniej i bardziej ekscytująco, ale jednak ciągle – trudniej.
Dżunglę i pustkowia mam nadzieję zobaczyć od środka przy którymś z następnych razów, o Indianach skrycie marzę, ale partyzantkę… partyzantkę wolałabym odłożyć na „nigdy”, bo po prostu nie wierzę w dobre intencje bandytów, którzy pod przykrywką walki o czerwoną idyllę mordują ludzi, jak popadnie. I nikt mnie nie przekona, że Che Guevara był wolnościowcem.
Tak, czy siak, Peru jest łatwe. I przyjemne. Mam wrażenie, że na pierwszą egzotyczną wyprawę, przed laty wybrałyśmy (ja i Mama) kraj trudniejszy, niż nam się wydawało (Indie). Oczywiście, zawsze mogło być trudniej (są przecież jeszcze takie zakątki świata, jak Ghana, czy Kongo), ale mogło też być łatwiej. Na przykład w Peru ;). Ameryka Południowa jest super i wcale nie tak dużo tego mañana, jak straszą (choć założę się, że wystarczy się udać na odludzie ;) ). 




Z pierwszych wrażeń, mogę powiedzieć tyle: infrastruktra dla podróżnych jest rozbudowana nie gorzej, niż w Polsce. W miescach tzw. turystycznych oczywiście, ale przecież u nas w Koziej Wólce też nie ma hoteli i restauracji. Wszędzie, gdzie trzeba jest internet, asfaltowa droga (mówię przecież, że TAM, GDZIE TRZEBA, a nie wszędzie!), bieżąca woda (nawet bez większych problemów – ciepła), czysta pościel (o co w takich Indiach niełatwo) i coś ciepłego do żarcia. Nie każdy pokój ma ogrzewanie (choć w górach byłoby przydatne), albo wiatrak (to z kolei na pustyni), ale za to każdy ma TV, a właściciel nie rozumie, czemu nie chcesz pilota (i wcale nie chodzi o „hiszpański bez napisów”, naprawdę!).
Co prawda, dalej pokutuje tu podział na: „mięso” i „kurczak”, więc będąc wegetarianinem trzeba się pilnować, żeby nie zamówić czegoś „bez”, a nie dostać „z”, ale opcji warzywnych jest ci tu dostatek (choć z kreatywnością bywa krucho). Z zaskoczeniem zaobserwowaliśmy, że gdzieniegdzie zdarzają się też knajpki wegańskie, organiczne i bezglutenowe, chociaż, jakby się zastanowić to przy tej obfitości awokado, i stu rodzajów ziemniaka nie powinno wydawać się to aż tak niezwykłe. O śmierć głodową w Peru nie tak łatwo (chyba, że trafisz do dżungli bez myśliwego).
Pod kątem jedzenia nie podobało nam się tylko w stolicy. Śmiem nawet twierdzić, że wpadliśy w jakiś rodzaj pułapki, bo miejsca, które chcieliśmy odwiedzić zawsze były zamknięte, chociaż powinny być otwarte, a te, które były otwarte, były albo nieziemsko drogie, albo nieziemsko głośne, albo nieziemsko obskurne (czasem wwszystkie opcje naraz). Paradoksalnie więc,  wbrew temu, co pisze Lonely Planet, w Limie głodowaliśmy najbardziej, a kuchnia była… no cóż, przeciętna.
Polubiliśmy jednak peruwiański styl przyprawiania potraw (uważam, że jadłam tam najlepiej zrobione ryby), dodawanie palty (awokado) do każdego dania, andyjski ser z mleka alpaki (podobny w smaku do greckiego halloumi) i sos z żółtych papryczek Aji, który wieńczy nowe ulubione danie Rafała  Aji de gallina:  ugotowane kawałki kury, ziemniaki, ryż, ugotowane jajko w ćwiatrkach, a to wszystko schowane pod pierzynką puszystego, słodko-ostrawego sosu, przyozdobione oliwkami (albo jedną, jeśli kucharz akurat oszczędza).
Absolutnym hitem dla mnie były świeże soki z pomarańczy, papaji, mango, i innych owoców, dostępne dosłownie wszędzie i na tyle tanie, że można było pić do oporu.
Co do cen, na myśl nasuwa mi się jedna uwaga: są nieproporcjonalne. Mam wrażenie, że przydzielanie ich wyglądało tak, że ktoś z wielkiego płóciennego worka wyciągał na chybił trafił kartoniki z cyframi i równie na chybił trafił przyklejał je do produktów. No bo, na przykład: za 5 soli (1 dolar = 3.3 sola) dostaniemy świeży sok, za 20 (gdyby ktoś akurat chciał) 2 drinki w cenie jednego (z okazji wiecznie trwającej happy hour), a z kolei, gdyby chciało się nabyć porcję ryżu, bo akurat złapało nas zatrucie i nic innego nie przechodzi przez gardło, to śpiewają horrendalną sumę: 7! Ponad 2 dolce za miseczkę ryżu w kraju, gdzie każdy wsuwa ryż, bo jest tani? Serio?
Ale! W Peru jest super, bo… ludzie są super. I się uśmiechają! Jest radośnie i miło, i wcale nie każdy (choć trzeba z tym uważać) widzi cię, jako chodzący porftel. Ludzie są życzliwi, pomocni (nawet taksówkarze i nawet, jeśli wcale nie chcesz akurat ich taksówkami jechać). Zatrzymują się na ulicy, pomagają,wskazują drogę ( i wcale nie próbują przy okazji wysłać nas do sklepiku wujka po pamiątki), zagadują w komunikacji miejskiej, pytają skąd jesteś, a na słowo Polonia reagują zdziwieniem i radością. Teraz już, co prawda, zaszczytne miejsce Wałęsy zajął Lewandowski, ale może to i dobrze ;). Peruwiańczycy bardzo pozytywnie reagują na to, że ktoś, z drugiego końca świata przyjechał zwiedzać ich kraj, a do tego mówi w ich języku, bo się go nauczył właśnie po to, żeby do niego przyjechać. Zajebiście, nie? Jak się tu nie cieszyć? Cieszą się więc i pozdrawiają! 







Przez cały czas czuliśy się, jak u siebie. Jak w domu. Jeszcze nigdzie nie widziałam tak wielu osób słuchających metalu i jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się, żeby te osoby (w tym pani strażniczka na lotnisku!) zaczepiały mnie, by pogadać o muzyce, albo pokazać metalowy symbol ręką na znak, że oni słuchają tego samego.
Do tego… krajobrazy – nieziemskie i różnorodne ( o ile akurat nie jedziesz kilkanaście godzin przez martwe pustkowia). Dżungla, góry, złote piaski pustyni, wybrzeże oceanu, wulkany, starożytne ruiny – kraj bogaty nie tylko w uśmiech, czy historię, ale i piękno.
♥ Peru. 












wtorek, 27 września 2016

Plaże rajskie i nierajskie. Koh Chang, Tajlandia. Gdzie plażować, a gdzie nie?


Nigdy nie byłam fanką ogromnych kurortów i superpopularnych plaż. No, może poza okresem, kiedy byłam małą dziewczynką i wtedy liczyła się dla mnie tylko woda, piasek i słońce (i może jeszcze jakaś budka z lodami). Lubiłam publiczne plaże bardziej, niż te dzikie, bo na Mazurach dzika plaża niewiele ma w sobie z romantyczności, a więcej z komarów, chaszczy i mulistego dna jeziora, które, krótko mówiąc, jest obrzydliwe w dotyku, zwłaszcza, jeśli pokryte jest wodorostami.
W odniesieniu do moich ostatnich podróży do Azji, publiczna plaża, czyli plaża z ogólnym dostępem, bezpłatna i w miarę czysta to niezupełnie to samo, co superpopularne kąpielisko, promowane głośno i kolorowo w gazetach i internetach. Nie to samo, a wręcz, że tak powiem zdecydowanie lepiej. Przekonałam się o tym podczas kilku tygodni spędzonych w Tajlandii, na wyspie Koh Chang.
Jak wybieraliśmy się w grudniu na tę niewielką (ale jednak jedną z największych w kraju) wyspę 6 godzin na południowy wschód od Bangkoku, nie wiedziałam, czego mam się spodziewać. Prawdę mówiąc, był to mój pierwszy raz w takich rajskich klimatach, a Lołnli Planet tylko szczątkowo i bardzo lakonicznie pisała na temat kąpielisk. Nie jestem zresztą typem plażowicza, który swój wolny czas spędzi, leżąc plackiem na piachu i gapiąc się w niebo (chociaż gapienie się w niebo akurat jest fajne), ale skoro już jadę po słońce i upał, to czemu by do tego kompletu nie dołożyć troche mieniącej się wody i miękkiego, białego piachu?
Wybraliśmy więc miejsce, mniej więcej w 1/3 długości wyspy, w pobliżu Khlong Prao Beach. Pisano o niej, że jest ok, że daje radę się wykąpać i że jeśli ktoś szuka spokoju, to będzie to miejsce dla niego. Wybór okazał się strzałem w dziesiątkę i, choć nie było tam śnieżnobiałego piasku, a ten który był może ciut bardziej ziarnisty, niż najdrobniejszy puder. Była jednak rajska palma z huśtawką, niesamowite widoki na zachód słońca (choć po tej stronie wyspy to akurat normalne), były panie, które z uśmiechem na ustach oferowały masaże i robiły je naprawdę fantastycznie, a przy tym niedrogo (no bo czy 25 zł za godzinę masażu wprost na plaży to dużo?), była wreszcie rajska i niedroga knajpka (naprawdę tania, jak barszcz, biorąc pod uwagę jakość jedzenia i lokalizację). Do tego, co najważniejsze, było czysto, w piachu żadnych śmieci, woda przejrzysta, bez farfocli i w ogóle cud, miód i orzeszki.


Khlong Prao Beach



Khlong Prao Beach

Khlong Prao Beach

Poczytałam jednak trochę o tak zwanej White Sand Beach, plaży białopiaskowej, i…. jak to bywa z dziewczynkami, natychmiast postanowiłam sprawdzić, czy przypadkiem nie przepada nam coś lepszego, fajniejszego i piękniejszego przede wszystkim. Już pal licho, że i tak na plaży siedzieliśmy tylko wieczorami, bo całe dnie spędzaliśmy na skuterze, zjeżdżając wyspę wzdłuż i wszerz, zatrzymując się na krótką chwilę w różnych miejscach po drodze, żeby ‘dać nura’. Ważny był fakt. Dziewczynki czasem tak mają ;).
Tylko, że najpopularniejsza plaza, która zresztą była pierwszym przystankiem od portu promowego, na której wysiadło z naszego tuk tuka większość osób (w tym grupa niemieckich emerytów), okazała się… OKROPNA.  O-KROP-NA.  Czegoś takiego w życiu nie widziałam. Bród, smród i… no nie, ubóstwo nie, bo przecież to najdroższy rejon wYspy, więc kasę akurat trzeba było mieć. 

Sama okolica też zresztą nie była specjalnie oszałamiająca. Duży ruch na ulicach, ogromny tłok, sklep na sklepie, bilboard na bilboardzie i jeszcze cała masa reklam i innych wywieszek. Zero rajskości, zero prywatności, za to dużo miejskości w kiepskim wydaniu. 

Nie wiem,czy to z powodu ilości ludzi, czy może raczej usposobienia  tych, którzy tam się zatrzymywali, a musieli być w większości nastawieni raczej na imprezy, niż jednoczenie z naturą, ale ujrzałam obraz nędzy i rozpaczy. Chociaż miałam zamiar zanurzyć się wtedy w wodzie, bo mimo poranka temperatura sięgała już na pewno nieźle powyżej 35 stopni, nie odważyłam się wejść do wody. Wszędzie pływały śmieci, woreczki, foliowe kawałki opakowań, butelki, kapsle, nakrętki, sznurki, srurki i co tylko chcecie (albo raczej, czego nie chcecie). Na piasku, który być może nawet i był biały, pełno było tegoż samego śmiecia i ciężko było iść bez butów, żeby nie rozcharatać nogi o coś wystającego z ziemi. Było co prawda kilka rajskich palemek i sznurowych huśawek dyndających smętnie na wietrze, ale miały one nieszczęście wisieć nad ‘urokliwymi’ strumykami ścieków z pobliskich restauracji, które przy akompaniamencie połyskującego na ich taflach słońca spływały radośnie wprost do morza.

Zdegustowana, przerażona ogromem ludzkiej bezmyślności i głęboko zasmucona tym, co zobaczyłam, zawinęłam się czym prędzej i uciekłam. Na inne plaże. Na drugim brzegu wyspy, tam, gdzie turyści docierają rzadziej.

White Sand Beach







White Sand Beach

White Sand Beach


White Sand Beach

White Sand Beach
I znowu: dwa kąpieliska zupełnie poza zasięgiem większości ludzi (na wschodnią stronę Koh Chang bez wypożyczonego skutera dostać się ciężko), okazały się fantastyczne, czyste i przyjemne, a przecież do popularności im daleko.
Na tak zwanej Amber Beach, przylagającej zresztą do jednego z hoteli (jednym z niewielu w tej okolicy), ale udostępnianej tym, którzy chcą skorzystać z dostępu do morza, było cichutko i spokojnie. Fale były tu delikatne, a krajobraz balansował na pograniczu azjatyckiej egzotyki i swoiskich Mazur. Miejsce idealne do wyciszenia się, albo przyjechania z dzieckiem. Piasek, jak sama nazwa sugeruje, był tu pomarańczowo-złoty, przyjemnie kontrastował z głębokim błękitem morza i nieba. Dookoła rozciągał się ogród i las palm kokosowych.

Amber Beach
Amber Beach

Amber Beach

Amber Beach
Z kolei na drugiej, odległej o kilkanaście kilometrów Long Beach, strome (jak dla skutera) pagórki, setki ostrych kamieni, gęsty las i rodzinę małp piknikujących na środku drogi, zobaczyliśmy mały, sekretny raj, rodem z bajki. Była długa, pustawa, ciągnąca się w dal plaża okolona wianuszkiem palm i zakończona malowniczym górzystym cyplem, były leniwe fale i czysty piasek. Nad wodą tylko jedna knajpka, sklecona z desek i strzechy, ze sporym tarasem, hamakami i poduszkami rozrzuconymi na podłodze do siedzenia. W niej: owocowe szejki i omlety ze  świeżym kokosem i czekoladą. I jeszcze: kilka domków na drzewach, w których można przenocować, jeśli ktoś da radę dotrzeć tu z plecakiem. Bez klimy, ale klimatycznie J. Rajskość. Long Beach była cudowna, ukryta, niedostęna i… długa, ale w inny sposób, niż to sobie wyobrażaliśmy. Długośc jej polegała nie na rozciągniętej w metrach połaci piachu, ale na tym, że do wody można było iść i iść, i iść… i ciągle nie było się głębiej, niż po kolana. Po kolana w zupie, bo przecież takie płycizny nagrzewają się szybko J.


Long Beach

Long Beach


Wyjeżdżaliśmy z tego miejca podekscytowani odkryciem i szczęśliwi, że podjęliśmy wysiłek pokonania na słabym skuterze stromizn i wybojów. Żałowaliśmy odrobinę, że gromadzące się chmury przegoniły nas z tego przylądka, ale czasem niedosyt jest lepszy niż przesyt. Wróciliśmy do siebie i po całym dniu spędzonym na dwóch kołach zatopiliśmy się w sennym i olśniewającym zachodzie słońca na naszej Khlog Prao.
***

 W tym miejscu czas na konkluzję: jeśli naprawdę zastanawiacie się, gdzie zamieszkać i gdzie się kąpać na Koh Chang, to zdecydowanie polecam okolicę, przy której my się zatrzymaliśmy. Jest tam cicho i spokojnie, ale nie jest nudno, bo w razie pragnienia, głodu jest gdzie się posilić, wieczorami są pokazy żonglowania ogniem i przez cały dzień można sobie zafundować masaż. Spieszę jednak z zapewnieniem, że wyspa oferuje o wiele więcej, niż tylko leżenie plackiem nad wodą i jeśli tylko zechcecie ją zwiedzać, to i tak nie wystarczy wam czasu na bezczynne smażenie się na słońcu J.
Dalej w dół, są jeszcze dwie, godne uwagi, miejscówki: Bailan Beach i Kai Bae Beach. Obie dość imprezowe, z dużą liczbą barów i knajpek na plaży (są też dyskoteki), ale z przyjemnymi kąpieliskami i dużo swobodniejszą, żywszą i sympatyczniejszą atmosferą, niż nadęta i brudna White Sand Beach. Klimat tam jest nieco hippisowski, jest kolorowo i radośnie, wszędzie gra muzyka i wszyscy się uśmiechają. Uwaga: nie znajdziecie tam raczej eleganckich knajpek, ani kieliszków do wina na stołach  (o ile gdziekolwiek na tej wyspie takie są, to na pewno nie tam :P).

Co do najpopularniejszej plaży, mekki niemieckich turystów-emerytów i pań z tipsami dłuższymi niż ich własne nosy – musicie zdecydować sami. Ja White Sand Beach zdecydowanie  nie polecam.


Buziaki i do usłyszenia! J


Kai Bae Beach

wtorek, 12 lipca 2016

Vang Vieng. Co robić w Laosie?



Co można robić w Vang Vieng? Internet w pierwszych linijkach oznajmia mi, że główną atrakcją tego miejsca są spływy na oponach po rzece. Niby nic takiego, ale trochę mi się odechciewa, jak czytam dalej o tym, że jest to jedna z głównych atrakcji ludzi z Zachodu. Gwóźdź programu każdej wycieczki. Od ostatnich kilkunastu lat, miasteczko jest ostoją spragnionych rozrywki Niemców, Francuzów i Brytyjczyków, którzy swój pobyt w Laosie sprowadzają do leniwego sączenia piwa i marnowania czasu na balangowanie czy inne tego typu rozrywki.
Z oponowej przyjemności rezygnuję, zanim jeszcze na dobre wsiądę do samolotu, ba, nawet zanim zacznę o tym w ogóle myśleć. Nie przekonuje mnie wizja moczenia tyłka przy hałaśliwych rytmach muzyki tak zwanej tanecznej wyrażanej w decybelach nieprzyjaznych normalnemu ludzkiemu uchu.
No, ale z drugiej strony nie chcę rezygnować z przyjazdu w to miejsce tak zupełnie, bo Google Graphics kusi mnie cudnymi górzystymi obrazkami bajecznych krajobrazów, pejzażami z wartko płynącą między wzgórzami rzeczką, czy wreszcie wizjami nieskończonych złocistych pól, na których pasą się krówki. Co robić? Jechać, czy nie jechać? Czas ograniczony, pieniądze też nie wysypują mi się z kieszeni, harmonogram dość napięty, a żeby odbyć przejażdżkę choćby z takiego Wientianu do Vang Vieng to kwestia połowy dnia, jak nie więcej. Już ja znam te azjatyckie przeprawy.
Co zatem? Szkoda mi czasu, czy nie? Czy widoczki wynagrodzą mi towarzystwo imprezowiczów? Czy będzie ich (tych widoczków znaczy się) wystarczająco dużo, żebym cieszyła się, że do nich przybyłam? A co, jeśli nie? Pokaż mu Googlu więcej tych foteczek…
Przeglądam dziesiątki fotografii i coraz bardziej napalam się na przyrodnicze obietnice, a coraz mniej myślę o turystach. Może da się ich jakoś ominąć, wyciąć z kadru wzroku? W końcu, skoro to imprezownia, to na pewno zostaną w miasteczku, racząc się cały dzień trunkami. Jadę!
I co?
Rzeczywiście, laotański system transport publicznego nie zaskakuje mnie ani trochę. Nieco ponad 200 kilometrów pokonujemy w jakieś 6 godzin, przy czym najpierw musimy kilka godzin poczekać, na stosowne połączenie, bo przejazd z Bangkoku i przeprawa przez granicę zabrały nam więcej czasu, niż początkowo szacowaliśmy (nawet przy założeniu, że będą opóźnienia). Jemy jakieś szybkie śniadanko w stolicy, grzejemy się przedpołudniowym słońcu, spóźniamy się na busa, chociaż jesteśmy kilka minut przed czasem i czekamy kolejne 20, żeby dostać się do nowego. W międzyczasie obsługuje nad 3 różnych panów, jeden od sprzedawania biletów, drugi od kierowania ludzi do pojazdów, a trzeci od kontaktu z klientami. Pełna specjalizacja zawodów. Wspominałam już, że nikt się nie spieszy? ;)
Sam Vang Vieng ukazuje nam się już grubo po zmroku. Na niebie wiszą burzowe chmury, wszak jesteśmy w górach, ale nie pada i chyba nie ma tak naprawdę zamiaru. Ot, tak sobie pociemniało, dla kolorytu. Pokój! Trzeba znaleźć miejsce na nocleg! Mamy co prawda upatrzone jakieś miejsce w hoteliku, który upatrzyliśmy jeszcze przy śniadaniu, ale okazuje się, że nie mają wolnych miejsc. Idziemy do drugiego – to samo. W trzecim też i w kolejnych kilkunastu. Chyba przyjdzie nam nocować pod chmurką… nie byłoby to fajne choćby dlatego, że odkąd wyjechaliśmy z domu, minęło już 3 dni, a my tylko raz spaliśmy w łóżku, zaś kolejne dwie przysypialiśmy na fotelach samolotu i autobusu. Do tego te chmury… i w ogóle. Bez namiotu to jednak, jak bez ręki. Po paru godzinach, blisko 21:00, znajdujemy pokój, nieco na uboczu miasteczka, ale to przecież i tak tylko 10 minut od centrum piechotą. Jest przestronnie, czysto i cicho. To najważniejsze.
Wybieramy się na krótką przechadzkę uliczkami, zjadamy wreszcie jakiś posiłek i schładzamy się mrożonymi shake’ami ze świeżych owoców. Arbuzowy napój sprawia, że czuję się, jak w raju, chociaż i tak najchętniej zapadłabym w długi sen z wyczerpania.
 ***
Kolejnego dnia wybieramy się poznać okolicę. Co prawda ostatecznie jesteśmy zdani na riksze i własne nogi, więc spectrum działania nieco się zawęziło, ale nie narzekamy na nudę. Moglibyśmy wynająć skuter, lub rowery, ale jakoś nie jesteśmy przekonani. W Tajlandii nie ma z tym żadnego problemu – ot, wchodzisz do pierwszej lepszej, spośród tysiąca, wypożyczalni i wypełniasz tylko formularz swoimi danymi, płacisz z góry i heja. Tu, otóż ja Ciebie, proszą żebyś zostawił swój paszport pod zastaw. No wiesz, w razie, gdybyś zgubił skuter. Albo ukradł. Albo Tobie ukradli.
No właśnie. Tu jest problem pogrzebany (nie lubię mówić, że pies). No, bo niby nie chcę podejrzewać tutejszych, żeby mieli oszukiwać, albo naciągać (Laotańczycy są jeszcze dumniejsi niż Tajowie i Hindusi i raczej nie sprawiają wrażenia zainteresowanych Twoim majątkiem), ale lepiej dmuchać na zimne. Wyobraź sobie, że jedziesz na wycieczkę, zsiadasz ze skutera, idziesz w góry, albo do dżungli, a w tym czasie wysłana ekipa odholowuje Twój pojazd gdziekolwiek, a ty szukasz wiatru w polu. Do tego, Twoje wakacje właśnie skracają się o kilka dni, bo nie masz już paszportu. Nie wiadomo, czy wierzyć ci, że ten cały ambaras to nie Twoja wina, czy raczej kontrolnie wsadzić Cię na dołek. Zresztą, nawet jeśli, to zanim sprawa się wyjaśni, masz problem. A zegar tyka.
Nie chcieliśmy ryzykować utraty najważniejszego, co można posiadać, w komunistycznym kraju. Tu nie Polska i na wódkę raczej się nic nie załatwi. Mamy zresztą lekkiego pecha podczas tego wyjazdu i po prostu nie chcemy kusić losu. Może wszystkim innym sprawa uchodzi na sucho, ale nie możemy pozbyć się wrażenia, że jeśli spróbujemy swojej szansy, to słono za nią zapłacimy. Chodzimy więc i wynajmujemy riksze. Słowem wyjaśnienia, riksze tutaj cenią się sto razy bardziej niż w Indiach i na przejazdy za pół-darmo nie liczcie. Zedrą z Was skórę, a jeśli targując się, podacie zbyt niską cenę, to po prostu odjadą. Próbować jednak zawsze można.
***
Okolice miasteczka są przeurocze. Rzeczka płynie między najpopularniejszymi knajpkami, a na drugim brzegu widać już obiecane pola i góry. Nie są to co prawda góry, na które możnaby wejść tak, jak się idzie w Tatry,czy Bieszczady, ale wyglądają malowniczo. Ot, kamienne, skaliste formacje, wybijające się ni stąd ni zowąd do nieba. Na niektóre można się wdrapać przy pomocy drabiniasto-kładkowych konstrukcji, ale jeśli ma się lęk wysokości, to jednak nie polecam. Dziw bierze, że szczebelki jeszcze nie pogniły, albo nie porozsychały się.
Wybieramy się na kajaki. Całodzienny spływ, który oczywiście, jak zawsze trwa pół dnia. Gdyby tak mieć swoją własną łódkę… Płynie się przyjemnie, powolutku, nieco sennie, podziwiając widoczki rozpościerające się dookoła. Wszyscy nas wyprzedzaj, szyja boli od wykręcania głowy, co metr to nowy piękny kadr…
Towarzyszy nam przewodnik, Laotańczyk. Każda z osób/par, która decyduje się spłynąć, musi mieć kogoś do opieki (to nie to, co spływy Krutynią :P), żeby w razie czego pomóc wyciągnąć kajak z zarośli, albo ostrzec przed nieco bardziej wartkim nurtem. Początkowo się dziwię, ale potem, jak w miarę rozwoju wypadków obserwuję innych ludzi, zaczynam rozumieć. Dzikie wrzaski przerażenia przy pokonywaniu przeszkód w skali 2/10 uświadamiają mi, że niektórzy ludzie nie tylko nie potrafią najprostszych rzeczy, ale też zupełnie nie umieją się ogarnąć i zachować.
Mijamy tych, co moczą tyłki na oponach, niebezpiecznie zbliżamy się do odcinka imprezowego. Najlepsza część trasy już za nami. Żegnajcie ćwierkające ptaszki, szelest drzew, szum wody i wiatru… Przewodnik pyta nas, czy chcemy wstąpić do baru na drinka, ale my wolimy jednak cieszyć się łódką i wodą, aniżeli mieszać się z hałasem. On, chyba trochę zawiedziony i pewnie znudzony, bo przedłużamy przepływkę, jak tylko się da, to odpływa dalej, to wraca i czasem od niechcenia bawi się telefonem.
Ale pływanie i chodzenie po niebiezpiecznych drabinkach to jeszcze nie wszystko! Nieopodal, kilka kilometrów od miasteczka znajduje się urocza Błękitna Laguna. Co prawda piękniejsza byłaby na dziko, a nie z całym tłumem turystów nadciągających niewiadomo skąd, ale dla czyściutkiej świeżej wody warto to przeboleć. Tuż nad nią, zaledwie kilkadziesiąt stopni w górę jest niewielka z pozoru jaskinia, w której jednak, jak już się znajdzie między zwalonymi kamieniami wejście w głąb i poczeka się na wyjście ludzi, a potem zacznie się przeszukiwać zakamarki – bardzo łatwo można się zgubić. Nie ma tam oświetlenia, więc nie można liczyć na ewakuacyjne strzałki. Przed wyjściem można sobie wynająć za 2 złote latarkę i bawić się do woli w Larę Croft i Indiana Jones’a.
Oprócz tego, są oczywiście widoki. Takie, na które można patrzeć godzinami, po prostu siedząc przy kawiarnianym stoliku, albo wprost na zakurzonej ziemi. Jest żywe centrum miasteczka, z knajpkami i budkami oferującymi kanapki i wszelkiej maści i smażone na poczekaniu naleśniki z różnorodnymi nadzieniami. Nie jest to drogie, ale jednak znów – w Tajlandii taniej (tam kupisz takie cudo za 2-3 zł, tu już za 5, a czasem i za 10).
Warto wybrać się też dalej od centrum, w stronę dworca i dalej, zwłaszcza jeśli faktycznie lubi się poznawać kulturę i obserwować lokalne życie. To tam natkniemy się na buddyjskich mnichów mieszkających za murami i wesoło do nas machających, tam odwiedzimy stragany z owocami, przywitamy się z dziećmi wołającymi z wnętrz domów ‘sabaidee’, tam wreszcie odetchniemy od zgiełku i zobaczymy, jak naprawdę wygląda życie w Laosie.
Nie. Nie znajdziemy tam zbyt wielu turystów.