niedziela, 29 kwietnia 2018

Machu Picchu. Odczekaj swoje, zanim zwiedzisz.


 O cenach i dojeździe już było, także to możemy sobie pominąć. Teraz – kwestie organizacyjne.
Kiedy już pokonamy wszystkie trudności związane z dotarciem do zaginionego miasta, stajemy twarzą w twarz z... kolejką. Z kolejką, jakiej świat nie widział, nawet za PRL-u po lodówkę.
Na górze jest niewielki placyko-parking, na który non stop, co kilka minut, wjeżdżają pełne ludzi autobusy (potem w tym nieziemskim ścisku wykręcają, żeby pojechać na dół i przywieźć kolejny transport). Wszystkie, absolutnie wszystkie, puste pola na placu wypełniają ludzie. Kolejka jest ogromna, a do tego są ich dwie. :x




Jeśli chcesz, lub wiesz, że będziesz chciał/a się wkrótce wysikać (największa zmora mojego podróżniczego życia), to lepiej zrób to już teraz i... stań w kolejkę. To nic, że jesteś już tak blisko, a wizytą w łazience psujesz romantyzm chwili. Nie przejmuj się. Słuchaj instynktu i czekaj na swoją kolej. Łazienki są tylko tu, przed kompleksem i prowadzi do nich dłuuuuga linia oczekujących. Ok. Godziny 10:00, owego dnia było to równe 30 minut.
Co gorsze, za prawo do wysikania trzeba zapłacić. (Jasne, można próbować na ścieżce, ale tam też jest dość duży ruch). Co prawda, cena nie jest wygórowana – 1 sol równa się naszej złotówce, ale... czy nie kupiliśmy przypadkiem biletu wstępu za ponad 50 dolarów? Czy w to nie powinno być wliczone chociażby małe siku na osobę? :o
 Jeśli w trakcie wizyty znów najdzie cię potrzeba, zapamiętaj to miejsce. Będziesz musiał wrócić do niego z każdego punktu w kompleksie (to co, że daleko?). Innej łazienki nie ma, chyba, że chcesz podlewać starożytne ruiny. Nawiasem mówiąc, szkoda, że jednak nie zdecydowano się na ustawienie choćby jeszcze jednego przybytku dumania, bo zdarzyli się niestety i tacy, co w obrębie cudu świata potrafili zostawić coś więcej, niż tylko przebarwione moczem murki.
Żeby podczas zwiedzania móc skoczyć do łazienki, należy udać się do wyjścia, wyjść przez bramę, odstać swoje w kolejce, a potem, uboższy o jednego sola, z umytymi mydełkiem rękami wystarczy tylko odczekać swoje w tej drugiej, właściwej i długaśnej linii, na końcu której sprawdzają bilety. I już! Już można znów zwiedzać spokojnie.
Szastać wizytami w toalecie jednak nie radzę, bo nad wejściem wisi kartka z ostrzeżeniem, że „re-entry” przysługuje tylko dwa razy. Biada cierpiącym, z przewianymi pęcherzami! Biada przytrutym! Tu już pomoże chyba tylko stoperan. Chyba, że ktoś pokusi się na polemikę z biurokracją. 


Nie wiem, jak ma się do tego konsekwencja sprawdzania biletów, bo co do rzekomego zakazu wnoszenia jedzenia, albo butelkowanej wody nie stosował się nikt. Całe szczęście, bo gdyby kazano nam wyrzucić nasze zapasy, w upale po 6 godzinach samego zwierzania zostałyby z nas już chyba tylko mokre plamy. A jeszcze przecież trzeba było zejść.
Druga kolejka idzie szybko. Ekspresowo sprawdzają twój bilet imienny i dokumenty. Potem już tylko kilkanaście metrów pod górkę i twój dech zapiera wspaniały widok J. Nie pójdźcie pod prąd, zwiedzeni cudownym krajobrazem i podekscytowani satysfakcją, bo jeśli raz zboczycie z wytyczonej ścieżki (choćby przed wami mozolnie gramoliła się wycieczka stękających niemieckich emerytów) to możecie mieć problem z powrotem na szlak. Nieustępliwy strażnik niestrudzenie będzie was odsyłał do wyjścia i zagradzał każde przejście (choćby od właściwej ścieżki dzieliło was tylko kilka schodków, po których i tak nikt nie chodzi). Wtedy musicie znów odwołać się do już znanej taktyki – wyjść z kompleksu i wejść jeszcze raz (przy okazji możecie się też wysikać, w końcu i tak jesteście już za bramą ;) ). Chyba, że tuż przed wyjściem strażniczka akurat zostanie przez kogoś skutecznie zagadana... wtedy tylko – hyc przez bramkę i już znów idziecie po dobrej dróżce.
W Machu obowiązuje ruch jednokierunkowy ze względu na wąskie przejścia i schodki. Jakkolwiek irytujące się to wydaje, kiedy usiłujecie przeskoczyć po tych kilku nieszczęsnych schodkach, to jednak jest to logiczne i skuteczne rozwiązanie.





Teraz już do rzeczy. Machu Picchu to robocza nazwa, pochodząca od szczytu, na którym miasto się znajduje. Jego prawdziwego imienia nie poznamy pewnie nigdy... Podobnie, jak jego przeznaczenia. Czy była to warownia? Dom Inti? Kompleks świątynny? Osada? Ciężko stwierdzić. Zabudowa dzieli się na sektory: rezydencjalny, industrialny i świątynny, mogła więc być naprawdę wszystkim po trochu.
Przewodnicy prześcigają się w kreatywnych wyjaśnieniach i o tym samym budynku potrafią powiedzieć, że był kuchnią dla Inti, albo centrum astrologicznym. Burza mózgów trwa. Może ktoś kiedyś wpadnie na właściwy trop. Póki co, chyba najprawdopodobniejszą wersją jest, że cytadela była ośrodkiem religijnym, być może nawet celem pielgrzymkowym.








Huayna Picchu to jednak z najbardziej na świecie znanych gór, chociaż większość ludzi nigdy nie poznała jej nazwy. To właśnie ten strzelisty, przewyższający osiedle o 200 m w górę szczyt, który widnieje na każdej pocztówce z Machu. Na jego zboczach zbudowano Świątynię Księżyca. Wg legend, na wierzchołku Huana Picchu mieszkać miał najwyższy kapłan, oraz kapłanki – dziewice. Każdego poranka kapłan miał przemierzać stromą drogę do cytadeli, jako rytuał obwieszczania, że wzeszło już słońce i nastał nowy dzień. Czy tak było naprawdę?
Na terenie samego miasta znajduje się jeszcze kilka innych świątyń: Słońca, Kondora, Trzech Okien. Jest tu też tajemniczy kamień, zwany Inti Watana, służący prawdopodobnie celom astrologicznym. Jego ułożenie pozwala obserwować ruch słońca: 11 listopada i 30 stycznia w południe, słońce znajduje się dokładnie nad nim i kamień nie rzuca cienia. 21 czerwca cień jest najdłuższy.

Poza tym jest tu wiele zaułków, uliczek, domków, do których można zaglądać i snuć wyobrażenia na temat tego, jak wyglądało tu życie kiedyś. Kiedy? I to ciężko sprecyzować, bo i tutaj oficjalna nauka kłóci się  z tym, co widzimy.
Oficjalnie mówi się, że osiedle powstało około II połowy XV wieku, na polecenie Pachacuti Inca Yupanqui, tymczasem już w 1537 roku miało zostać opuszczone chociaż Pizarro nigdy go nie odnalazł. Dlaczego więc? Skoro część Inków przeniosła się do równie trudnej do ukrycia Vilcabamby, zaś druga część zbiegła do dżungli, dlaczego odrzuconoby przewagę, jaką daje tak dobrze ukryte w górach miasto?
Powód opuszczenia to nie jedyna zagadka. Machu, podobnie, jak inne budowle w regionie Cusco, skrywa w sobie coś jeszcze. Dwa, zupełnie różne style architektoniczne wyraźnie wskazują na dwa typy umiejętności budowniczych. Nie umniejszając zdolności inkaskich rzemieślników, a wiemy o nich, że byli zarówno pracowici, jak i sprytni, ciągle ciężko udawać, że nie widać różnicy. Monumentalne, równo docięte i zupełnie inaczej oszlifowane głazy zdecydowanie nie pasują do popularniejszych tu murków i zabudowań wzniesionych z lekko płaskich kamieni połączonych, jako tako grubą warstwą zaprawy, albo nawet równawych ale ciągle dużo mniejszych bloków kamienia.
Czy Inkowie wznieśli Machu Picchu sami, tak, jak to przekazują podręczniki? Jeśli tak, to jak mogli tego dokonać, nie znając żelaza, a nie wspominając już o innych narzędziach? A może wykorzystali pozostałości osiedla po innej kulturze, tak, jak to często już miało miejsce w historii? Tylko... po kim, skoro znalezisk, poza megalitami, nie zarejestrowano?














Historia poszukiwań:
Miasto odkryto oficjalnie dopiero  24 lipca 1911 roku za sprawą prof. Yale Hirama Binghama (chociaż wcześniej był tu chociażby Augusto Berns). Poszukiwał on, co prawda, zagubionej stolicy Inków Vilcabamby (notabene odkrytej i ustalonej w 1976 r. przez Tony’ego Halika, Elżbietę Dzikowską i prof. Edmundo Guillén), ale trafił tu, poinformowany o miejscu przez lokalnego farmera. Na górę zaprowadził go 11-letni syn rolnika, Pablo Arteago.
Osiedle było tak zarośnięte dżunglą, że budowli prawie nie sposób było dostrzec! Wiele czasu zajęło im oczyszczenie terenu z nadmiaru roślinności, a musimy pamiętać, że pozostawiona choćby na chwilę bez uwagi puszcza odrasta w ekspresowym tempie.
Ze swojej ekspedycji Bingham wywiózł do USA ok. 4000 zabytków, tłumacząc to kwestiami badawczymi. Aż do teraz Peru nie miało w swoich muzeach ANI JEDNEGO przedmiotu z Machu Picchu. Znaleziska zwrócono dopiero niedawno. Można je podziwiać w Muzeum Machu Picchu w Cusco. 

środa, 14 lutego 2018

Machu Picchu - jak dojechać? Czyli, że bilet do Peru, to jeszcze nie wszystko!

Chciałam zacząć tę notkę tytułem:  Machu Picchu, czyli, jak zepsuć cud zmieniając go w turystyczną latrynę... :o Przemyślałam jednak i... nie. Zmieniłam zdanie. Co prawda tłumu i całego związanego z tym turystycznego piernicznika było stanowczo za dużo, ale jeśliby to odstraszało i odwodziło od zobaczenia jednego z 'Nowych Cudów Świata', to jednak byłoby szkoda.

Pójść/ pojechać - warto i trzeba. Bardzo warto i bardzo trzeba nawet. Po prostu - zaciśnijcie zęby i udawajcie, że tych wszytskich ludzi tam... NIE MA!




Maćku to główna atrakcja Peru, nie ma co się spierać. A skoro coś jest główną atrakcją - służy do... zbijania forsy (tu też nie ma co się spierać). Z tego też powodu, ani cena biletu , ani koszta związane z dotarciem na miejsce nie są niskie. No, ale czego się nie robi, żeby spełniać marzenia? Przecież trzeba odhaczyć tę pozycję na liście "Rzeczy do zrobienia przed śmiercią".

Jak to jednak zrobić?
No właśnie. Tu zaczynają się schody... (w dosłowni i przenośni). Do inkaskiego dziedzictwa można dotrzeć super drogim pociągiem, albo na piechotę. Innej drogi... NIE MA.

Sposób 1
------------

Inka Trail. 4-5-dniowy trekking po Andach. Cud - marzenie każdego odkrywcy, którego los obdarował nadwyżką gotówki. Trekking rozpoczynamy na 82, lub 88 kilometrze od Cusco w stronę Aguas Calientes. W pewnym momencie pociąg zatrzymuje się się w 'Niczym', a my wysiadamy i ruszamy ostro pod górę, w wilgotne jeszcze od porannej rosy gęstwiny dżungli.

Droga wiedzie prawdziwym inkaskim szlakiem utworzonym przed kilkuset laty. Trzeba tu jednak wykazać się nie lada kondycją, ze względu na przerzedzone  na takiej wysokości powietrze i niezliczoną ilość kamiennych schodków. Z drugiej strony, widoki i satysfakcja - gwarantowane. Po drodze mija się kilka mniej znanych, ale równie interesujących ruin. Owe interesują jednak, pod warunkiem, że akurat nie rzygamy, albo nie słaniamy się na nogach. Nie pomaga w podziwianiu krajobrazow osłabienie, ból głowy i nieodparte przekonanie, że w tym momencie zwedzanie może być ostatnią rzeczą, na jaką mamy ochotę (zaraz po... rzyganiu, spaniu i odrąbaniu sobie bolącej głowy).
Trasa jest  jednak spektakularna (z pewnością spodoba się tym, którzy z wysokością i wysiłkem radzą sobie lepiej). Uważa się ją za jedną z piękniejszych tras górskich. Niemożliwe jest jednak zwiedzanie jej samodzielnie, bez przewodnika. Nie ma co się dziwić - biznes, jest biznes, każdy chce zarobić.
Niestety - nie każdy będzie mógł sobie na nią pozwolić. 400-600 dolarów za kilkudniową wyczieczkę, nawet przy uwzględnieniu wszystkich walorów wizualno-edukacyjnych to nielada wyzwanie. Co prawda, w cenę wliczone są już bilety wstępu do samego Machu, ale koniec koncow - niewiele to zmienia.

Sposób 2
------------

Inka Jungle Trek. 2-dniowy trekking po dżungli, połączony z aktywnościami sportowymi w stylu zjazdów na linie, czy przepraw przez rzeki. Prowadzi przez Hidroelectricę, z której do Aguas Calientes już tylko 11 kilometrów (2 godzinki marszu). Potem trzeba jeszcze tylko wspiąć się na górę po kilkuset stopniach i po kolejnej 1.5 godzinki jest się na miejscu. 

Koszt, ok. 150 dolarów, w zależności od firmy prowadzącej. 

Po kilkugodzinnym zwiedzaniu Machu, czeka nas jeszcze zejście po tym samym milionie stopni na dół i nocleg, albo powrót piechotką do miejsca startu.

Sposób 3 
------------ 

Dojechać do Hidroelektrici możemy również na własną rękę. Stamtąd też możemy iść sami. Nie ma w tym zbędnej filozofii, poza tym, że chodzenie bezpośrednio po torach jest zabronione przez prawo. Lepiej trzymać się pobocza, nie tylko ze względu na bezpieczeństwo portfela, ale także swoje. Uważać należy również na komary i muszki, które na tej wysokości tną, jak porąbane. W przypadku amazońskich krwiopijców świetnie sprawdza się środek z dużą zawartością DEET (najlepiej 50%), ale należy pamiętać, aby wiedzionym entuzjazmem nie nadużywać go na polskich Mazurach, bo  nie jest zbyt bezpieczny dla skóry.
Sprej na insekty to jedno, ale jeśli naprawdę wybieracie się do dżungli na dłużej niż kilka minut, koniecznie zadbajcie o to, by maksymalnie około miesiąc przez wizytą  zaszczepić się na żółtą febrę. Peru należy do krajów ryzyka (co prawda nie aż tak dużego, jak środkowa Afryka, ale jednak), a choroba jest wyjątkowo nieprzyjemna. Lepiej  zapłacić stówkę, czy dwie, niż potem oglądać się na każego komara w delirce przerażenia. A może to ten?! 

Droga przez Hidroelectricę jest dość czasochłonna i wymaga około 2-3 dni (żeby obrócić w obie strony). Jest najtańsza (musimy kupić tylko bilet do Santa Teresaa, a potem to już pozostaje nam tylko siła własnych nóżek), ale musimy pamiętać o zaopatrzeniu na drogę i sprzęcie do spania. Z niebezpieczeństw, oprócz wszechobecnych insektów spragnionych naszej juchy, musimy uważać na kursujące ciągle po tej trasie pociągi. Na prostej drodze nic nas raczej nie potrąci, ale trzeba wiedziec, ze droga ta wiedzie przez tunele. A skoro to droga dla pociągów, to nie bardzo zaopatrzono ją w pobocza. Po przeczytaniu relacji jednej osoby, jak to z wielkim plecakiem gnała przez taki tunel, ścigana przez nadjeżdżającą, rozpędzoną lokomotywę... zrezygnowałam z tego brawurowego pomysłu. Oczywiście - co kto lubi. Ja niezczególnie przepadam za adrenaliną. 

A i jeszcze - po zwiedzeniu Machu, trzeba jakoś zejść na dół i albo (j. w.) spać w Aguas, które jest dość drogie (nieliczne hotele zaczynają swój cennik od 100 zł +), a jedzenie pozostawia wiele do życzenia (zarówno pod względem cen, jak i wyglądu; nie wiem, nie odważyłam się spróbować), albo iść z powrotem 11 km do Hydro I Santa Teresa... 

Sposób 4
-----------
Pociąg. Są dwa do wyboru. Peru Rail i Inka Rail. Oba horendalnie drogie, ale i tak tańsze, niż Inka Trail, oraz szybsze, niż wycieczka przez elektrownię. Można jechać z Cusco, jakieś 1.5 godziny za około 100-150 dolarów (w jedną stronę), albo z Ollantaytambo, 40 min., ok 70 dolarów. 

Ceny są sztucznie zawyżone (oczywiście!), a podaję i tak te najbardziej przystępne. Dla szczególnie wygodnickich utworzono jeszcze klasy premium, w których za "niewielką dopłatą rzędu kilkudziesięciu dolców dostaniemy dodatkowe ciastko, butelkę coli, albo nieco wygodniejszy fotel. Śmiesznostka? A jednak są ludzie, którzy za takie bzdury gotowi są zapłacić! 

Do brzegu. Ceny są zawyżone, bo? Bo... mogą! Najprostsze wytłumaczenie. Dalej szukać nie trzeba. Skoro, jak juz sobie powiedzielismy, innej drogi NIE MA, to na tej, która jest, można robić, co się chce. Obowiązują tu więc takie prawa i nikomu nic do tego. Nie podoba się, to nie jedź, proste. 

Na otarcie łez tych najbardziej oszczędnych, pociągi rzekomo są chociaż luksusowe. To tak, żeby mniej smutno było rozstać się z Zygmuntem I Starym. Nic bardziej mylnego. Niby na zdjęciach (i w opisie) wszystko pięknie i ładnie, a człowiek nastawia się na przejażdżkę niemalże Orient Expressem, tymczasem na stację podjeżdża zwykły skład, podobny do naszego kurnika  z PKP. Owszem, wstawiono w nim sufitowe okna, wymieniono fotele, dodano niepotrzebne stoły, które tylko bezsensownie zajmują miejsce (kto nie wytrzyma 30-90 minut bez stołu?!), oklejono ściany i zapuszczono jakiś odświeżacz powietrza, ale to ciągle ten sam stary, poczciwy pociąg, który doskonale znamy. Ok. W tle leci delikatna, inkaska muzyczka, a pani stewardessa  (zespół obsługi do każdego wagonu na pewno wcale nie podnosi niepotrzebnie kosztów) rozdaje kawę/herbatę/soczek (sztuk:1, żeby ci się przypadkiem za dużo nie zwróciło za bilet). Niby miło, ale czy naprawdę warte to 70 dolarów? 

Dla mnie nie. W środku czuję się, jak idiotka. Jak turystka z Hameryki, która wg tubylców nie potrafi się obejść bez obsługi i luksusu. Której trzeba nadskakiwać, kłaniać się w pas i podprowadzić za rączkę do drzwi, kiedy wypadnie nasz przystanek. A może raczej, jak durny portfel na nóżkach, który można wedle ochoty oskubać? Nie jest mi wcale komfortowo, nawet mimo wygodnych siedzeń. Wszak do poczucia komfortu potrzeba spokoju ducha, a ja... ja nie chcę być portfelem. 

Nie lubię wywalać forsy na niepotrzebne zbytki. Moi przyjaciele doskonale o tym wiedzą. Nie, nie jestem skąpa, nie żywię się chlebem i wodą (chociaż zdarzają się w mojej szafie ciuchy pamiętające moje liceum), ale nie mam potrzebny nadpłacać za hotele/taksówki czy drinki w ekskluzywnych pubach. Zdecydowanie bardziej wolę też (zwłaszcza na krótkie trasy, które nie wymagają ciszy do spania) jeździć z lokalnym folklorem i płacić odpowiednie dla lokalsów ceny. Skoro wcześniej za 40-minutowy przejazd autobusem płaciłam dolara, a teraz muszę wyłożyć 70, to sami możecie sobie wyobrazić, jaka to dla mnie nieprzyjemna różnica. 

Jak odległość tę przebywają Peruwiańczycy pracujący w rejonie Machu, skoro innej drogi nie ma? Czy też płacą tę zabójczą sumę? Nie. Widzieliśmy na własne oczy normalne, TANIE pociągi. One istnieją naprawdę i jeżdżą nimi tłumy. Warunki podobne, jak w naszych polskich PKP (czyli wcale niewiele gorsze, niż to, co nam zafundowano). Czemu więc nie pojechaliśmy tak samo? Proste: bilety na takie linie można kupić tylko za okazaniem dowodu rezydowania w regionie. Jak jesteś turystą, musisz płacić tyle, co inni turyści. Szkoda, że nikt nie przewidział, że turyści też pochodzą z różnych części świata i te chore ceny mogą znacznie nadwyrężyć ich  budżet. 

W końcu... nie każdy jest nadętym bufonem, albo idiotą ignorantem, żeby przepłacać takie pieniądze za coś, co ani tego nie wymaga, ani nie jest tego warte. 

***

Aha. W przypadku sposobu 2, 3 i 4, zaraz po przybyciu do Aguas Calientes przygoda wcale się nie kończy. Trzeba jeszcze wdrapać się na górę, pod dość stromą ścianę. Ok. 400 metrów wyżej. 

I znów, mamy dwa wyjścia do wyboru: 

1. Wjechać busem, jak 99% ludzi. Za 20-minutową podróż zakosami na 2400 m. zapłacimy ok. 12 $. Dla nas był to szczyt wszystkiego, więc olaliśmy to dodatkowe zdzierstwo, poświęcając tym samym szansę na dotarcie do miasta przed 9 rano, kiedy to turystów rzekomo mniej (biorąc pod uwagę, ile osób prosto z pociągu wyładowało się na peronie i ruszyło, na łeb na szyję do autobusów - niewielka różnica).

https://www.ticketmachupicchu.com/buy-bus-tickets-aguas-calientes-machu-picchu/

2. Wspinaczka. 400 metrów, ok. 1.5 godziny. Całkiem przyjemna wędrówka, choć dość męcząca i wprawiająca serce w takie tętno, że zawał niedaleko. Wbrew pozorom, idzie się jednak całkiem przyjemni i sprawnie. Czas mija szybko (tym bardziej, że można iść ścieżką pod górę, omijając asfaltowe zakręty). Zejście zajmuje około godziny, ale to w zależności od Waszego zmęczenia, bo schodów dużo, a uda trzęsą się, jak szalone (i nawet Chodakowska mnie nie uchroniła). 

***







Nie warto zabierać ze sobą za dużo ciuchów. My wzięliśmy po dwie bluzy, bo z Ollantaytambo wyjeżdżaliśmy około 6 rano i było jeszcze pieruńsko zimno, jednak już w Aguas upchnęliśmy polary do plecaków i wyciągnęliśmy je dopiero wieczorem, znów na stacji. Jak mówią przewodniki, na Machu jest albo żar nie w swój duch, albo mega ulewa - warto mieć coś od deszczu, ale (uwierzcie) wspinać się łatwiej, jak nie ciążą nam aż dwie grubaśne dodatkowe warstwy w plecaku. 

***

Bilet do Machu kosztuje: 70 $. 
Można go kupić tu: https://www.ticketmachupicchu.com/
Lepiej go sobie zarezerwować odpowiednio wcześniej, bo dziennie wpuszcza się tam tylko 2400 ludzi. Tym bardziej koniecznie rezerwujcie wcześniej, jeśli macie ochotę i plany wdrapać się na którąś z sąsiednich gór (bilety odpowiednio droższe). 




niedziela, 24 września 2017

Peru. Tajemnice, spekulacje, domysły, czyli pytania na które nie ma odpowiedzi.

Dlaczego Peru? Dlatego, że kocham niewyjaśnione historie sprzed wieków i uwielbiam głowić się nad zagadkami tajemniczych cywilizacji. Dlatego, że fascynująca kultura Inków, z ich enigmatycznymi zapisami kipu,  z ich ofiarami na szczytach wulkanów, z ich mistyczną ayhuaską, której osobiście się boję, ale lubię o niej czytać i wreszcie  od zawsze powodowała ciarki na moich plecach, a fakt, że gdzieś w dżungli po dziś dzień mogą żyć (i zapewne żyją) potomkowie, strażnicy Paititi (szerzej znanego, jako El Dorado) elektryzuje mnie i rozbudza wyobraźnię. Dlatego wreszcie, że osobiście nie wierzę też, że wszysto, co podaje się, jako dziecło Inków, faktycznie jest ich dziełem i to chyba fascynuje mnie w tym wszystkim najbardziej.




Kto stworzył fundamenty budowli, na których wzrosło inkaskie imperium? JAK stworzył to, co wzniesione być nie mogło za pomocą prymitywnych narzędzi przedkolumbijskich cywilizacji? A może to, co głosi oficjalna nauka to nie do końca prawda i metody, czy narzędzia, jakimi się posługiwali wcale nie były aż tak proste, jak nam się wydaje? No bo... jak inaczej wytłumaczyć 30-metrowej szerokości doskonałe kamienne drogi kultury Moche (na północy kraju), albo perfekcyjną obróbkę kamienia, kiedy do dyspozycji mamy tylko narzędzia z miedzi, złota, albo srebra? I jeszcze..., nawiasem mówiąc, po co ludziom sprzed kilkuset lat ulice szerokością przewyższające współczesne autostrady?

Ujmijmy ściśle to, czego niemal żadne z peruwiańskich muzeów nie mówi wprost: Inkowie NIE mieli żelaza. Jedyne, czym dysponowali, to to, czego na całym Starym Świecie tak bardzo brakowało: metale szlachetne. To, co mogłoby uczynić ludy Ameryki najpotężniejszymi i najbogatszymi w epoce renesansu, paradoksalnie przyczyniło się do ich sromotnego upadku właśnie z powodu braku czegoś tak pospolitego, jak żelazo.

Oczywiście, pomijając kwestie wierzeń i zabobonów związanych z legendą powrotu Wirakoczy. Bo, na upartego, nawet bez uzbrojenia równego Hiszpanom, mająć do dyspozycji dżunglę, góry tak wysokie, jak Andy i znajomość terenu, Inkowie mieli szanse się obronić, albo przynajmniej wydłużyć czas swojej egzystencji. Nawiasem mówiąc, sprawdziliśmy na sobie – skoro my ledwo ruszaliśmy się na wysokości 4 tysięcy metrów, jak przy tak rozrzedzonym powietrzu mieliby to efektywnie robić opancerzeni żołnierze z Europy, którzy na takiej wysokości nigdy wcześniej nie byli?

Mimo braku żelaza, czy jakichkolwiek innych narzędzi (nie wspominając już o technologii, bo przecież – jaką technologię mogli mieć ludzie (w dżungli!) około XV wieku?) na terenie dawnego imperium wzniesiono wiele budowli, które ewidentnie odstają swoim kunsztem od możliwości średniowiecznych rzemieślników. Fizyka zaś przeczy możliwości obróbki kamieni, w których je zbudowano przy pomocy tak prymitywnych przyrządów, jak miedziane noże i kamienne młotki. Co więcej, nawet przy wykorzystaniu dzisiejszych możliwości, niektóre ze znalezisk okazują się trudne do odtworzenia. 

Nieopodal Cusco, w Świętej Dolinie Urubamby znaleźć można wiele przesłanek świadczących o tym, że monumentalne i wspaniałe budynki mogły być kiedyś obserwatorami czegoś, czego my dziś  możemy się jedynie domyślać, albo o tym spekulować.



Sacsayhuaman – 

Ogromna twierdza rozciągająca się nad Cusco, otoczona murem długim na 540 metrów, a wysokim na 3. Jej część rozebrali jeszcze konkwistadorzy ze swoimi żołnierzami, aby pozyskać materiały do budowy domów w mieście, ale nawet mimo tego ciągle zdumiewa swym rozmachem.
Uwagę zwracają przede wszystkim wielkie kamienne bloki, z których zbudowano mur otaczający warownię. Ważą one od kilku do nawet kilkudziesięciu ton (a największy głaz ma wymiary 9x5x4 m i waży aż 360 ton!) a połączone są ze sobą tak ściśle, że pomiędzy nie nie da się wcisnąć nawet ostrza cienkiego noża. Zupełnie, jakby ktoś przed wkomponowaniem ich w ścianę dociął je tak dokładnie, żeby pasowały jeden do drugiego idealnie. Wspominałam może, że NIE użyto do tego żadnej zaprawy murarskiej? No właśnie...

„Doświadczenie wykonane przez angielskich naukowców w sławnym Stonehenge wykazało, że do przemieszczenia na rolkach kamiennego bloku o wadze jednej tony na lekko wznoszącym się terenie potrzeba 16 ludzi. Nasz kamyczek waży około 300 ton, a więc pomnóżmy 300 ton przez 16 ludzi i już wiemy, iż do jego transportu należało zatrudnić 4800 ludzi. Jeśli ustawimy ich przy dziesięciu linach, to każdą będzie ciągnąć 480 osób. Człowiek potrzebuje co najmniej 1.5 metra przestrzeni operacyjnej, a więc długość liny wyniesie 720 metrów! W ten sposób głaz jedynie zbliży się do muru! Kto przesunie go bliżej? 4800 ludzi pchających głaz od tyłu nie zdoła oprzeć dłoni nawet na jego najdłuższym boku. [...] Jak skoordynować pracę takiej masy ludzi? Przecież liny z włókien naturalnych mają tendencję do wydłużani się pod obciążeniem. Gdyby kilkusetosobowy zespół usiłował ciągnąć jedną linę, to ostatni w szeregu musiałby się przemieścić dalej od pierwszego, zanim lina uzyskałaby maksymalne naprężenie. Każdorazowe zaś zwolnienie napięcia zmuszałoby do ponownego niebagatelnego i bezproduktywnego wysiłku. Synchronizacja takiej liczby ludzi jest mocno wątpliwa.” J. Pałkiewicz, A. Kapłanek, El Dorado. Polowanie na legendę, Poznań 2005.







Kenko – 

 „zig zag” w języku Quechua, czyli „pełen załomów”, „labirynt”. To owalna, monumentalna konstrukcja pochodzenia naturalnego o przeznaczeniu sakralnym. Jedno z najświętszych miejsc Inków. Z boku wygląda to to, jak kupa głazów rzuconych jak popadnie na sam środek okrągłego placu, z góry jednak widać wyraźnie, że jest to całkiem przemyślana konstrukcja,  z wyrzeźbionymi w skale schodkami, oraz zygzakowatymi rowkami, którymi do małych niecek spływać miała krew ofiarnych zwierząt. 

Wewnątrz znajduje się masywny kamienny ołtarz, a przed budowlą monolit – falliczny głaz – symbol płodności (wedle legend – jeden z trzech zamienionych w kamień synów Inti).





Tambomachay – 

Konstrukcja znana dzięki Hiszpanom, jako „Łaźnia Inki”. Z języka Quechua można wysnuć inne tłumaczenia: tampu: zajazd, mach’ay: jaskinia, albo machay: pijaństwo.
Budowla składa się z licznych akweduktów, kanałów i wodospadów, prowadząc w tej sposób wodę pomiędzy tarasami. Fontanny, które wybudowano w tym miejscu działają do dziś. Zwróćcie uwagę na precyzę, z jaką kamieniarze obrobili kamienie tworzące ścianę za nimi!






Ollantaytambo – 

Potężna twierdza, bardzo trudna do zdobycia. Ostatnia z obronionych przed Hiszpanami. Góruje nad miastem, rozciągając się na wzgórzu rozległymi tarasami uprawnymi. Jeśli wespniemy się po niewygodnych, nieco zbyt dużych schodkach na samą górę, trafimy do warowni i przyległej do niej części świątynnej. Tak przynajmniej mówią przewodnicy i ustawiona tu również tabliczka „Temple del Sol” (świątynia słońca). Inkaska. Być może. Tylko... jak ludzie nie znający joła, wozu, ani narzędzi innych niż złote, srebrne czy miedziane, przytargali tu granitowe megality o wysokośi 4 metrów? Jak zbudowali z nich ściany? Jak sprawili, że prostokątne kamienie połączone zostały spoinami z wąskich płyt idealnie wpasowanych w szczeliny? Dlaczego włożono tak wiele wysiłku w transport i ewentualną obróbkę głazów, skoro do najbliższego kamieniołomu aż 6 kilometrów w górzystym terenie, a narzędzi ciągle brak? 






„Przed świątynią stoi sześć takich kamiennych olbrzymów o wysokości czterech metrów, niewątpliwie fragment jakiegoś muru. Jego konstrukcja różni się jednak odwszystkiego, co dotychczas oglądałem w Peru. Zamiast dokładnie obrobionych wielobocznych krawędzi, poszczególne prostopadłościenne elementy połąćzone są niezwykłymi spoinami z wąskich płyt kamiennych wypełniających dokładnie szczelinę. Najbardziej intryguje brak logicznego uzasadnienia dla wysiłku włożonego w obrobienie i przetransportowanie megalitów. Skalny grzbiet jest nazbyt wąski, by mieć jakieś strategiczne znaczenie.”





A jak wytłumaczyć sens ciosania megalitu z czerwonego porfiru, który zobaczyć można na jednym z tarasów? 70-tonowy kamień wykuto tak, że z dwóch boków wycięto w nim idealnie równe, prostokątne wnęki, tworząc coś na kształt dwuteownika. 

" Z punktu widzeia techniki budowlanej nawet dzisiaj, gdy dysponujemy piłami mechanicznymi do cięcia kamienia, diamentowymi tarczami szlifierskimi i takimi samymi wiertłami, jest to działanie pozbawione sensu. Natomiast należy wątpić w zdrowy rozsądek fachowca zabierającego się do takiego zadania za pomocą prostych narzędzi z kamienia i miedzi.” Tamże.


A wypustki widoczne na wielu kamieniach? Zakładając chęć wyciosania tego typu guzów, trzeba wziąć pod uwagę, że kamierzarz musiałby najpierw usunąć wierzchnią warstwę twardego przecież materiału i pozostawić jedynie mały fragment. W jakim celu? Ozdobnym? Czy tego typu ozdoba usprawiedliwia wysiłek podobnego formatu? Funkcjonalnym? Jaką funkcję miałyby pełnić, żeby zadano sobie tyle trudu? Niektórzy przewodnicy twierdzą, że wypustki służyły, jako uchwyty do mocowania lin podczas transportu. Czy jednak odstający na 10 cm wypustek o nachylonych, a nie prostopadłych wobec bloku ścianach uytrzymałby grube konopne liny podczas dźwigania wielotonowego ciężaru? Czemu w takim razie bloki wycięto w tak twardym materiale, zamiast użyć łatwiejszych w obróbce skał osadowych?




***

Kiedy po raz pierwszy czytałam Drogę do El Dorado, 12 lat temu, opisy tych miejsc zadziałały na moją wyobraźnię tak, że moim marzeniem stało się zobaczenie ich na własne oczy. Stanąć oko w oko z nieodgadnionym mistycyzmem, z tajemnicą, wobc której można tylko snuć wyobrażenia i domniemania. Może tak, jak ja zapragniecie je odwiedzić i sami sprawdzić, która wersja wydarzeń przekonuje Was najbardziej? 

Ja, zarówno podczas swoich studiów, podróży, jak i lektur nauczyłam się już, że treść oficjalnych podręczników nie zawsze głosi najprawdziwszą prawdę. W końcu, ilu z Was uczyło się o tym, że to Kolumb odkrył Amerykę, a na pomysł sprowadzenia Krzyżaków do Polski wpadł Mazowiecki[i]? A gdybym powiedziała, Że Przed Kolumbem byli Wikingowie? Ha! Przecież to akurat wszyscy wiedzą (ale w szkołach chyba nadal o tym nie wspominają). Jak jednak wytłumaczyć fenickie inskrypcje na budowlach w amazońskiej dżungli, albo rzymskie amfory wykopywane w stanowiskach archeologicznych?

Oficjalna nauka zamyka oczy i sprawy nie komentuje, udając, że jej w ogóle nie ma. Nie stawia się tu znaków zapytania, nie zostawia otwartej furtki, bo przecież to, co mogłoby stanowić wyjaśnienie jednocześnie przeczy wszystkim dotychczasowym ustaleniom. Przyznać, że któraś ze starych cywilizacji dysponowała wiedzą i technologiami przewyższającymi nasze – byłoby świętokradztwem wobec zaborczej polityki naukowej naszych czasów. Z kolei powiedzieć, że któreś z plemion otrzymało pomoc, albo wybudowało się na pozostałościach osad kogoś spoza Ziemi... no cóż, to już niemal  przyznanie się do szaleństwa, naiwna wiara w bajki rodem z filmów sci-fi.

A jednak budowle stoją i ktoś je zbudował. Jak? Nie wiadomo. I nie będzie wiadomo jeszcze długo. Bo... skoro nawet sami Inkowie wspominali konkwistadorom, że nie znają budowniczych i nie wiedzą, kto jest autorem, to skąd mamy to wiedzieć my?




[i] W rzeczywistości Amerykę przed Kolumbem odkryli jeszcze przynajmniej Wikingowie (ale wobec istnienia znalezisk archeologicznych pośród których w Ameryce znaleziono choćby rzymskie amfory, a w Egipcie, w grobowcu Ramzesa II zasuszone liście tytoniu historia kontaktów między Starym, a Nowym Światem może być „nieco” dłuższa ;) ). Aha, i jeszcze: na pomysł sprowadzenia świętojebliwych wpadł nikt inny, jak Henryk Brodaty.