niedziela, 3 września 2017

Peru. Pierwsze wrazenia.

Peru jest łatwe. Z absurdów Ameryki Południowej, opisywanych przez mojego podróżniczego góru (którego, nawiasem mówiąc, za religijno-społeczne poglądy zwykłam nieznosić) nie pozostało już aż tak wiele, jak można by się tego obawiać. Gringo wśród dzikich plemion  napisany został zresztą już szmat czasu temu, a jak wiadomo, przez ostatnie kilka lat zarówno ustroje, jak i nastroje na świecie trochę się pozmieniały.
Założę się zresztą, że na pustkowiach, w dżungli, w dżungli z Indianami (a to jeszcze coś innego niż puszcza sama w sobie), na niebezpiecznych rubieżach, gdzie spotkanie oko w oko z bandytką jest bardziej prawdopodobne, niż znalezienie sklepu z butelką wody – jest trudniej. Trudniej i bardziej ekscytująco, ale jednak ciągle – trudniej.
Dżunglę i pustkowia mam nadzieję zobaczyć od środka przy którymś z następnych razów, o Indianach skrycie marzę, ale partyzantkę… partyzantkę wolałabym odłożyć na „nigdy”, bo po prostu nie wierzę w dobre intencje bandytów, którzy pod przykrywką walki o czerwoną idyllę mordują ludzi, jak popadnie. I nikt mnie nie przekona, że Che Guevara był wolnościowcem.
Tak, czy siak, Peru jest łatwe. I przyjemne. Mam wrażenie, że na pierwszą egzotyczną wyprawę, przed laty wybrałyśmy (ja i Mama) kraj trudniejszy, niż nam się wydawało (Indie). Oczywiście, zawsze mogło być trudniej (są przecież jeszcze takie zakątki świata, jak Ghana, czy Kongo), ale mogło też być łatwiej. Na przykład w Peru ;). Ameryka Południowa jest super i wcale nie tak dużo tego mañana, jak straszą (choć założę się, że wystarczy się udać na odludzie ;) ). 




Z pierwszych wrażeń, mogę powiedzieć tyle: infrastruktra dla podróżnych jest rozbudowana nie gorzej, niż w Polsce. W miescach tzw. turystycznych oczywiście, ale przecież u nas w Koziej Wólce też nie ma hoteli i restauracji. Wszędzie, gdzie trzeba jest internet, asfaltowa droga (mówię przecież, że TAM, GDZIE TRZEBA, a nie wszędzie!), bieżąca woda (nawet bez większych problemów – ciepła), czysta pościel (o co w takich Indiach niełatwo) i coś ciepłego do żarcia. Nie każdy pokój ma ogrzewanie (choć w górach byłoby przydatne), albo wiatrak (to z kolei na pustyni), ale za to każdy ma TV, a właściciel nie rozumie, czemu nie chcesz pilota (i wcale nie chodzi o „hiszpański bez napisów”, naprawdę!).
Co prawda, dalej pokutuje tu podział na: „mięso” i „kurczak”, więc będąc wegetarianinem trzeba się pilnować, żeby nie zamówić czegoś „bez”, a nie dostać „z”, ale opcji warzywnych jest ci tu dostatek (choć z kreatywnością bywa krucho). Z zaskoczeniem zaobserwowaliśmy, że gdzieniegdzie zdarzają się też knajpki wegańskie, organiczne i bezglutenowe, chociaż, jakby się zastanowić to przy tej obfitości awokado, i stu rodzajów ziemniaka nie powinno wydawać się to aż tak niezwykłe. O śmierć głodową w Peru nie tak łatwo (chyba, że trafisz do dżungli bez myśliwego).
Pod kątem jedzenia nie podobało nam się tylko w stolicy. Śmiem nawet twierdzić, że wpadliśy w jakiś rodzaj pułapki, bo miejsca, które chcieliśmy odwiedzić zawsze były zamknięte, chociaż powinny być otwarte, a te, które były otwarte, były albo nieziemsko drogie, albo nieziemsko głośne, albo nieziemsko obskurne (czasem wwszystkie opcje naraz). Paradoksalnie więc,  wbrew temu, co pisze Lonely Planet, w Limie głodowaliśmy najbardziej, a kuchnia była… no cóż, przeciętna.
Polubiliśmy jednak peruwiański styl przyprawiania potraw (uważam, że jadłam tam najlepiej zrobione ryby), dodawanie palty (awokado) do każdego dania, andyjski ser z mleka alpaki (podobny w smaku do greckiego halloumi) i sos z żółtych papryczek Aji, który wieńczy nowe ulubione danie Rafała  Aji de gallina:  ugotowane kawałki kury, ziemniaki, ryż, ugotowane jajko w ćwiatrkach, a to wszystko schowane pod pierzynką puszystego, słodko-ostrawego sosu, przyozdobione oliwkami (albo jedną, jeśli kucharz akurat oszczędza).
Absolutnym hitem dla mnie były świeże soki z pomarańczy, papaji, mango, i innych owoców, dostępne dosłownie wszędzie i na tyle tanie, że można było pić do oporu.
Co do cen, na myśl nasuwa mi się jedna uwaga: są nieproporcjonalne. Mam wrażenie, że przydzielanie ich wyglądało tak, że ktoś z wielkiego płóciennego worka wyciągał na chybił trafił kartoniki z cyframi i równie na chybił trafił przyklejał je do produktów. No bo, na przykład: za 5 soli (1 dolar = 3.3 sola) dostaniemy świeży sok, za 20 (gdyby ktoś akurat chciał) 2 drinki w cenie jednego (z okazji wiecznie trwającej happy hour), a z kolei, gdyby chciało się nabyć porcję ryżu, bo akurat złapało nas zatrucie i nic innego nie przechodzi przez gardło, to śpiewają horrendalną sumę: 7! Ponad 2 dolce za miseczkę ryżu w kraju, gdzie każdy wsuwa ryż, bo jest tani? Serio?
Ale! W Peru jest super, bo… ludzie są super. I się uśmiechają! Jest radośnie i miło, i wcale nie każdy (choć trzeba z tym uważać) widzi cię, jako chodzący porftel. Ludzie są życzliwi, pomocni (nawet taksówkarze i nawet, jeśli wcale nie chcesz akurat ich taksówkami jechać). Zatrzymują się na ulicy, pomagają,wskazują drogę ( i wcale nie próbują przy okazji wysłać nas do sklepiku wujka po pamiątki), zagadują w komunikacji miejskiej, pytają skąd jesteś, a na słowo Polonia reagują zdziwieniem i radością. Teraz już, co prawda, zaszczytne miejsce Wałęsy zajął Lewandowski, ale może to i dobrze ;). Peruwiańczycy bardzo pozytywnie reagują na to, że ktoś, z drugiego końca świata przyjechał zwiedzać ich kraj, a do tego mówi w ich języku, bo się go nauczył właśnie po to, żeby do niego przyjechać. Zajebiście, nie? Jak się tu nie cieszyć? Cieszą się więc i pozdrawiają! 







Przez cały czas czuliśy się, jak u siebie. Jak w domu. Jeszcze nigdzie nie widziałam tak wielu osób słuchających metalu i jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się, żeby te osoby (w tym pani strażniczka na lotnisku!) zaczepiały mnie, by pogadać o muzyce, albo pokazać metalowy symbol ręką na znak, że oni słuchają tego samego.
Do tego… krajobrazy – nieziemskie i różnorodne ( o ile akurat nie jedziesz kilkanaście godzin przez martwe pustkowia). Dżungla, góry, złote piaski pustyni, wybrzeże oceanu, wulkany, starożytne ruiny – kraj bogaty nie tylko w uśmiech, czy historię, ale i piękno.
♥ Peru. 












wtorek, 27 września 2016

Plaże rajskie i nierajskie. Koh Chang, Tajlandia. Gdzie plażować, a gdzie nie?


Nigdy nie byłam fanką ogromnych kurortów i superpopularnych plaż. No, może poza okresem, kiedy byłam małą dziewczynką i wtedy liczyła się dla mnie tylko woda, piasek i słońce (i może jeszcze jakaś budka z lodami). Lubiłam publiczne plaże bardziej, niż te dzikie, bo na Mazurach dzika plaża niewiele ma w sobie z romantyczności, a więcej z komarów, chaszczy i mulistego dna jeziora, które, krótko mówiąc, jest obrzydliwe w dotyku, zwłaszcza, jeśli pokryte jest wodorostami.
W odniesieniu do moich ostatnich podróży do Azji, publiczna plaża, czyli plaża z ogólnym dostępem, bezpłatna i w miarę czysta to niezupełnie to samo, co superpopularne kąpielisko, promowane głośno i kolorowo w gazetach i internetach. Nie to samo, a wręcz, że tak powiem zdecydowanie lepiej. Przekonałam się o tym podczas kilku tygodni spędzonych w Tajlandii, na wyspie Koh Chang.
Jak wybieraliśmy się w grudniu na tę niewielką (ale jednak jedną z największych w kraju) wyspę 6 godzin na południowy wschód od Bangkoku, nie wiedziałam, czego mam się spodziewać. Prawdę mówiąc, był to mój pierwszy raz w takich rajskich klimatach, a Lołnli Planet tylko szczątkowo i bardzo lakonicznie pisała na temat kąpielisk. Nie jestem zresztą typem plażowicza, który swój wolny czas spędzi, leżąc plackiem na piachu i gapiąc się w niebo (chociaż gapienie się w niebo akurat jest fajne), ale skoro już jadę po słońce i upał, to czemu by do tego kompletu nie dołożyć troche mieniącej się wody i miękkiego, białego piachu?
Wybraliśmy więc miejsce, mniej więcej w 1/3 długości wyspy, w pobliżu Khlong Prao Beach. Pisano o niej, że jest ok, że daje radę się wykąpać i że jeśli ktoś szuka spokoju, to będzie to miejsce dla niego. Wybór okazał się strzałem w dziesiątkę i, choć nie było tam śnieżnobiałego piasku, a ten który był może ciut bardziej ziarnisty, niż najdrobniejszy puder. Była jednak rajska palma z huśtawką, niesamowite widoki na zachód słońca (choć po tej stronie wyspy to akurat normalne), były panie, które z uśmiechem na ustach oferowały masaże i robiły je naprawdę fantastycznie, a przy tym niedrogo (no bo czy 25 zł za godzinę masażu wprost na plaży to dużo?), była wreszcie rajska i niedroga knajpka (naprawdę tania, jak barszcz, biorąc pod uwagę jakość jedzenia i lokalizację). Do tego, co najważniejsze, było czysto, w piachu żadnych śmieci, woda przejrzysta, bez farfocli i w ogóle cud, miód i orzeszki.


Khlong Prao Beach



Khlong Prao Beach

Khlong Prao Beach

Poczytałam jednak trochę o tak zwanej White Sand Beach, plaży białopiaskowej, i…. jak to bywa z dziewczynkami, natychmiast postanowiłam sprawdzić, czy przypadkiem nie przepada nam coś lepszego, fajniejszego i piękniejszego przede wszystkim. Już pal licho, że i tak na plaży siedzieliśmy tylko wieczorami, bo całe dnie spędzaliśmy na skuterze, zjeżdżając wyspę wzdłuż i wszerz, zatrzymując się na krótką chwilę w różnych miejscach po drodze, żeby ‘dać nura’. Ważny był fakt. Dziewczynki czasem tak mają ;).
Tylko, że najpopularniejsza plaza, która zresztą była pierwszym przystankiem od portu promowego, na której wysiadło z naszego tuk tuka większość osób (w tym grupa niemieckich emerytów), okazała się… OKROPNA.  O-KROP-NA.  Czegoś takiego w życiu nie widziałam. Bród, smród i… no nie, ubóstwo nie, bo przecież to najdroższy rejon wYspy, więc kasę akurat trzeba było mieć. 

Sama okolica też zresztą nie była specjalnie oszałamiająca. Duży ruch na ulicach, ogromny tłok, sklep na sklepie, bilboard na bilboardzie i jeszcze cała masa reklam i innych wywieszek. Zero rajskości, zero prywatności, za to dużo miejskości w kiepskim wydaniu. 

Nie wiem,czy to z powodu ilości ludzi, czy może raczej usposobienia  tych, którzy tam się zatrzymywali, a musieli być w większości nastawieni raczej na imprezy, niż jednoczenie z naturą, ale ujrzałam obraz nędzy i rozpaczy. Chociaż miałam zamiar zanurzyć się wtedy w wodzie, bo mimo poranka temperatura sięgała już na pewno nieźle powyżej 35 stopni, nie odważyłam się wejść do wody. Wszędzie pływały śmieci, woreczki, foliowe kawałki opakowań, butelki, kapsle, nakrętki, sznurki, srurki i co tylko chcecie (albo raczej, czego nie chcecie). Na piasku, który być może nawet i był biały, pełno było tegoż samego śmiecia i ciężko było iść bez butów, żeby nie rozcharatać nogi o coś wystającego z ziemi. Było co prawda kilka rajskich palemek i sznurowych huśawek dyndających smętnie na wietrze, ale miały one nieszczęście wisieć nad ‘urokliwymi’ strumykami ścieków z pobliskich restauracji, które przy akompaniamencie połyskującego na ich taflach słońca spływały radośnie wprost do morza.

Zdegustowana, przerażona ogromem ludzkiej bezmyślności i głęboko zasmucona tym, co zobaczyłam, zawinęłam się czym prędzej i uciekłam. Na inne plaże. Na drugim brzegu wyspy, tam, gdzie turyści docierają rzadziej.

White Sand Beach







White Sand Beach

White Sand Beach


White Sand Beach

White Sand Beach
I znowu: dwa kąpieliska zupełnie poza zasięgiem większości ludzi (na wschodnią stronę Koh Chang bez wypożyczonego skutera dostać się ciężko), okazały się fantastyczne, czyste i przyjemne, a przecież do popularności im daleko.
Na tak zwanej Amber Beach, przylagającej zresztą do jednego z hoteli (jednym z niewielu w tej okolicy), ale udostępnianej tym, którzy chcą skorzystać z dostępu do morza, było cichutko i spokojnie. Fale były tu delikatne, a krajobraz balansował na pograniczu azjatyckiej egzotyki i swoiskich Mazur. Miejsce idealne do wyciszenia się, albo przyjechania z dzieckiem. Piasek, jak sama nazwa sugeruje, był tu pomarańczowo-złoty, przyjemnie kontrastował z głębokim błękitem morza i nieba. Dookoła rozciągał się ogród i las palm kokosowych.

Amber Beach
Amber Beach

Amber Beach

Amber Beach
Z kolei na drugiej, odległej o kilkanaście kilometrów Long Beach, strome (jak dla skutera) pagórki, setki ostrych kamieni, gęsty las i rodzinę małp piknikujących na środku drogi, zobaczyliśmy mały, sekretny raj, rodem z bajki. Była długa, pustawa, ciągnąca się w dal plaża okolona wianuszkiem palm i zakończona malowniczym górzystym cyplem, były leniwe fale i czysty piasek. Nad wodą tylko jedna knajpka, sklecona z desek i strzechy, ze sporym tarasem, hamakami i poduszkami rozrzuconymi na podłodze do siedzenia. W niej: owocowe szejki i omlety ze  świeżym kokosem i czekoladą. I jeszcze: kilka domków na drzewach, w których można przenocować, jeśli ktoś da radę dotrzeć tu z plecakiem. Bez klimy, ale klimatycznie J. Rajskość. Long Beach była cudowna, ukryta, niedostęna i… długa, ale w inny sposób, niż to sobie wyobrażaliśmy. Długośc jej polegała nie na rozciągniętej w metrach połaci piachu, ale na tym, że do wody można było iść i iść, i iść… i ciągle nie było się głębiej, niż po kolana. Po kolana w zupie, bo przecież takie płycizny nagrzewają się szybko J.


Long Beach

Long Beach


Wyjeżdżaliśmy z tego miejca podekscytowani odkryciem i szczęśliwi, że podjęliśmy wysiłek pokonania na słabym skuterze stromizn i wybojów. Żałowaliśmy odrobinę, że gromadzące się chmury przegoniły nas z tego przylądka, ale czasem niedosyt jest lepszy niż przesyt. Wróciliśmy do siebie i po całym dniu spędzonym na dwóch kołach zatopiliśmy się w sennym i olśniewającym zachodzie słońca na naszej Khlog Prao.
***

 W tym miejscu czas na konkluzję: jeśli naprawdę zastanawiacie się, gdzie zamieszkać i gdzie się kąpać na Koh Chang, to zdecydowanie polecam okolicę, przy której my się zatrzymaliśmy. Jest tam cicho i spokojnie, ale nie jest nudno, bo w razie pragnienia, głodu jest gdzie się posilić, wieczorami są pokazy żonglowania ogniem i przez cały dzień można sobie zafundować masaż. Spieszę jednak z zapewnieniem, że wyspa oferuje o wiele więcej, niż tylko leżenie plackiem nad wodą i jeśli tylko zechcecie ją zwiedzać, to i tak nie wystarczy wam czasu na bezczynne smażenie się na słońcu J.
Dalej w dół, są jeszcze dwie, godne uwagi, miejscówki: Bailan Beach i Kai Bae Beach. Obie dość imprezowe, z dużą liczbą barów i knajpek na plaży (są też dyskoteki), ale z przyjemnymi kąpieliskami i dużo swobodniejszą, żywszą i sympatyczniejszą atmosferą, niż nadęta i brudna White Sand Beach. Klimat tam jest nieco hippisowski, jest kolorowo i radośnie, wszędzie gra muzyka i wszyscy się uśmiechają. Uwaga: nie znajdziecie tam raczej eleganckich knajpek, ani kieliszków do wina na stołach  (o ile gdziekolwiek na tej wyspie takie są, to na pewno nie tam :P).

Co do najpopularniejszej plaży, mekki niemieckich turystów-emerytów i pań z tipsami dłuższymi niż ich własne nosy – musicie zdecydować sami. Ja White Sand Beach zdecydowanie  nie polecam.


Buziaki i do usłyszenia! J


Kai Bae Beach

wtorek, 12 lipca 2016

Vang Vieng. Co robić w Laosie?



Co można robić w Vang Vieng? Internet w pierwszych linijkach oznajmia mi, że główną atrakcją tego miejsca są spływy na oponach po rzece. Niby nic takiego, ale trochę mi się odechciewa, jak czytam dalej o tym, że jest to jedna z głównych atrakcji ludzi z Zachodu. Gwóźdź programu każdej wycieczki. Od ostatnich kilkunastu lat, miasteczko jest ostoją spragnionych rozrywki Niemców, Francuzów i Brytyjczyków, którzy swój pobyt w Laosie sprowadzają do leniwego sączenia piwa i marnowania czasu na balangowanie czy inne tego typu rozrywki.
Z oponowej przyjemności rezygnuję, zanim jeszcze na dobre wsiądę do samolotu, ba, nawet zanim zacznę o tym w ogóle myśleć. Nie przekonuje mnie wizja moczenia tyłka przy hałaśliwych rytmach muzyki tak zwanej tanecznej wyrażanej w decybelach nieprzyjaznych normalnemu ludzkiemu uchu.
No, ale z drugiej strony nie chcę rezygnować z przyjazdu w to miejsce tak zupełnie, bo Google Graphics kusi mnie cudnymi górzystymi obrazkami bajecznych krajobrazów, pejzażami z wartko płynącą między wzgórzami rzeczką, czy wreszcie wizjami nieskończonych złocistych pól, na których pasą się krówki. Co robić? Jechać, czy nie jechać? Czas ograniczony, pieniądze też nie wysypują mi się z kieszeni, harmonogram dość napięty, a żeby odbyć przejażdżkę choćby z takiego Wientianu do Vang Vieng to kwestia połowy dnia, jak nie więcej. Już ja znam te azjatyckie przeprawy.
Co zatem? Szkoda mi czasu, czy nie? Czy widoczki wynagrodzą mi towarzystwo imprezowiczów? Czy będzie ich (tych widoczków znaczy się) wystarczająco dużo, żebym cieszyła się, że do nich przybyłam? A co, jeśli nie? Pokaż mu Googlu więcej tych foteczek…
Przeglądam dziesiątki fotografii i coraz bardziej napalam się na przyrodnicze obietnice, a coraz mniej myślę o turystach. Może da się ich jakoś ominąć, wyciąć z kadru wzroku? W końcu, skoro to imprezownia, to na pewno zostaną w miasteczku, racząc się cały dzień trunkami. Jadę!
I co?
Rzeczywiście, laotański system transport publicznego nie zaskakuje mnie ani trochę. Nieco ponad 200 kilometrów pokonujemy w jakieś 6 godzin, przy czym najpierw musimy kilka godzin poczekać, na stosowne połączenie, bo przejazd z Bangkoku i przeprawa przez granicę zabrały nam więcej czasu, niż początkowo szacowaliśmy (nawet przy założeniu, że będą opóźnienia). Jemy jakieś szybkie śniadanko w stolicy, grzejemy się przedpołudniowym słońcu, spóźniamy się na busa, chociaż jesteśmy kilka minut przed czasem i czekamy kolejne 20, żeby dostać się do nowego. W międzyczasie obsługuje nad 3 różnych panów, jeden od sprzedawania biletów, drugi od kierowania ludzi do pojazdów, a trzeci od kontaktu z klientami. Pełna specjalizacja zawodów. Wspominałam już, że nikt się nie spieszy? ;)
Sam Vang Vieng ukazuje nam się już grubo po zmroku. Na niebie wiszą burzowe chmury, wszak jesteśmy w górach, ale nie pada i chyba nie ma tak naprawdę zamiaru. Ot, tak sobie pociemniało, dla kolorytu. Pokój! Trzeba znaleźć miejsce na nocleg! Mamy co prawda upatrzone jakieś miejsce w hoteliku, który upatrzyliśmy jeszcze przy śniadaniu, ale okazuje się, że nie mają wolnych miejsc. Idziemy do drugiego – to samo. W trzecim też i w kolejnych kilkunastu. Chyba przyjdzie nam nocować pod chmurką… nie byłoby to fajne choćby dlatego, że odkąd wyjechaliśmy z domu, minęło już 3 dni, a my tylko raz spaliśmy w łóżku, zaś kolejne dwie przysypialiśmy na fotelach samolotu i autobusu. Do tego te chmury… i w ogóle. Bez namiotu to jednak, jak bez ręki. Po paru godzinach, blisko 21:00, znajdujemy pokój, nieco na uboczu miasteczka, ale to przecież i tak tylko 10 minut od centrum piechotą. Jest przestronnie, czysto i cicho. To najważniejsze.
Wybieramy się na krótką przechadzkę uliczkami, zjadamy wreszcie jakiś posiłek i schładzamy się mrożonymi shake’ami ze świeżych owoców. Arbuzowy napój sprawia, że czuję się, jak w raju, chociaż i tak najchętniej zapadłabym w długi sen z wyczerpania.
 ***
Kolejnego dnia wybieramy się poznać okolicę. Co prawda ostatecznie jesteśmy zdani na riksze i własne nogi, więc spectrum działania nieco się zawęziło, ale nie narzekamy na nudę. Moglibyśmy wynająć skuter, lub rowery, ale jakoś nie jesteśmy przekonani. W Tajlandii nie ma z tym żadnego problemu – ot, wchodzisz do pierwszej lepszej, spośród tysiąca, wypożyczalni i wypełniasz tylko formularz swoimi danymi, płacisz z góry i heja. Tu, otóż ja Ciebie, proszą żebyś zostawił swój paszport pod zastaw. No wiesz, w razie, gdybyś zgubił skuter. Albo ukradł. Albo Tobie ukradli.
No właśnie. Tu jest problem pogrzebany (nie lubię mówić, że pies). No, bo niby nie chcę podejrzewać tutejszych, żeby mieli oszukiwać, albo naciągać (Laotańczycy są jeszcze dumniejsi niż Tajowie i Hindusi i raczej nie sprawiają wrażenia zainteresowanych Twoim majątkiem), ale lepiej dmuchać na zimne. Wyobraź sobie, że jedziesz na wycieczkę, zsiadasz ze skutera, idziesz w góry, albo do dżungli, a w tym czasie wysłana ekipa odholowuje Twój pojazd gdziekolwiek, a ty szukasz wiatru w polu. Do tego, Twoje wakacje właśnie skracają się o kilka dni, bo nie masz już paszportu. Nie wiadomo, czy wierzyć ci, że ten cały ambaras to nie Twoja wina, czy raczej kontrolnie wsadzić Cię na dołek. Zresztą, nawet jeśli, to zanim sprawa się wyjaśni, masz problem. A zegar tyka.
Nie chcieliśmy ryzykować utraty najważniejszego, co można posiadać, w komunistycznym kraju. Tu nie Polska i na wódkę raczej się nic nie załatwi. Mamy zresztą lekkiego pecha podczas tego wyjazdu i po prostu nie chcemy kusić losu. Może wszystkim innym sprawa uchodzi na sucho, ale nie możemy pozbyć się wrażenia, że jeśli spróbujemy swojej szansy, to słono za nią zapłacimy. Chodzimy więc i wynajmujemy riksze. Słowem wyjaśnienia, riksze tutaj cenią się sto razy bardziej niż w Indiach i na przejazdy za pół-darmo nie liczcie. Zedrą z Was skórę, a jeśli targując się, podacie zbyt niską cenę, to po prostu odjadą. Próbować jednak zawsze można.
***
Okolice miasteczka są przeurocze. Rzeczka płynie między najpopularniejszymi knajpkami, a na drugim brzegu widać już obiecane pola i góry. Nie są to co prawda góry, na które możnaby wejść tak, jak się idzie w Tatry,czy Bieszczady, ale wyglądają malowniczo. Ot, kamienne, skaliste formacje, wybijające się ni stąd ni zowąd do nieba. Na niektóre można się wdrapać przy pomocy drabiniasto-kładkowych konstrukcji, ale jeśli ma się lęk wysokości, to jednak nie polecam. Dziw bierze, że szczebelki jeszcze nie pogniły, albo nie porozsychały się.
Wybieramy się na kajaki. Całodzienny spływ, który oczywiście, jak zawsze trwa pół dnia. Gdyby tak mieć swoją własną łódkę… Płynie się przyjemnie, powolutku, nieco sennie, podziwiając widoczki rozpościerające się dookoła. Wszyscy nas wyprzedzaj, szyja boli od wykręcania głowy, co metr to nowy piękny kadr…
Towarzyszy nam przewodnik, Laotańczyk. Każda z osób/par, która decyduje się spłynąć, musi mieć kogoś do opieki (to nie to, co spływy Krutynią :P), żeby w razie czego pomóc wyciągnąć kajak z zarośli, albo ostrzec przed nieco bardziej wartkim nurtem. Początkowo się dziwię, ale potem, jak w miarę rozwoju wypadków obserwuję innych ludzi, zaczynam rozumieć. Dzikie wrzaski przerażenia przy pokonywaniu przeszkód w skali 2/10 uświadamiają mi, że niektórzy ludzie nie tylko nie potrafią najprostszych rzeczy, ale też zupełnie nie umieją się ogarnąć i zachować.
Mijamy tych, co moczą tyłki na oponach, niebezpiecznie zbliżamy się do odcinka imprezowego. Najlepsza część trasy już za nami. Żegnajcie ćwierkające ptaszki, szelest drzew, szum wody i wiatru… Przewodnik pyta nas, czy chcemy wstąpić do baru na drinka, ale my wolimy jednak cieszyć się łódką i wodą, aniżeli mieszać się z hałasem. On, chyba trochę zawiedziony i pewnie znudzony, bo przedłużamy przepływkę, jak tylko się da, to odpływa dalej, to wraca i czasem od niechcenia bawi się telefonem.
Ale pływanie i chodzenie po niebiezpiecznych drabinkach to jeszcze nie wszystko! Nieopodal, kilka kilometrów od miasteczka znajduje się urocza Błękitna Laguna. Co prawda piękniejsza byłaby na dziko, a nie z całym tłumem turystów nadciągających niewiadomo skąd, ale dla czyściutkiej świeżej wody warto to przeboleć. Tuż nad nią, zaledwie kilkadziesiąt stopni w górę jest niewielka z pozoru jaskinia, w której jednak, jak już się znajdzie między zwalonymi kamieniami wejście w głąb i poczeka się na wyjście ludzi, a potem zacznie się przeszukiwać zakamarki – bardzo łatwo można się zgubić. Nie ma tam oświetlenia, więc nie można liczyć na ewakuacyjne strzałki. Przed wyjściem można sobie wynająć za 2 złote latarkę i bawić się do woli w Larę Croft i Indiana Jones’a.
Oprócz tego, są oczywiście widoki. Takie, na które można patrzeć godzinami, po prostu siedząc przy kawiarnianym stoliku, albo wprost na zakurzonej ziemi. Jest żywe centrum miasteczka, z knajpkami i budkami oferującymi kanapki i wszelkiej maści i smażone na poczekaniu naleśniki z różnorodnymi nadzieniami. Nie jest to drogie, ale jednak znów – w Tajlandii taniej (tam kupisz takie cudo za 2-3 zł, tu już za 5, a czasem i za 10).
Warto wybrać się też dalej od centrum, w stronę dworca i dalej, zwłaszcza jeśli faktycznie lubi się poznawać kulturę i obserwować lokalne życie. To tam natkniemy się na buddyjskich mnichów mieszkających za murami i wesoło do nas machających, tam odwiedzimy stragany z owocami, przywitamy się z dziećmi wołającymi z wnętrz domów ‘sabaidee’, tam wreszcie odetchniemy od zgiełku i zobaczymy, jak naprawdę wygląda życie w Laosie.
Nie. Nie znajdziemy tam zbyt wielu turystów.
















niedziela, 17 kwietnia 2016

Laos. Co tam w ogóle jest i czego się spodziewać, poza zabytkami.



A oprócz tego kurzu, to jaki właściwie jest ten Laos?



Różnorodny, chciałoby się powiedzieć. Inny od tego, co nam znane, a jednocześnie bardzo podobny. No bo, niby ludzie, tak samo, jak w Europie, mają tam dwoje oczu, uszu, nosy i wszystko, co tam sobie ktoś kiedyś wymyślił, projektując człowieka. Mają duszę, serca, powody do radości i smutków, zupełnie, jak my. A jednak… żyją troszke inaczej. Trudniej, nieco bardziej pod górę, troche większym kosztem. Tylko, że… z drugiej strony, bywają też bardziej otwarci na ludzi, troche swobodniej uśmiechają się do ciebie, kiedy mijasz ich na drodze i jakoś tak naturalniej przychodzi im zadowolenie z życia. 

To oczywiście nie znaczy, że cieszą się cały czas, jak głupi do sera, albo, że znowu wezmą wszystko na klatę, bez mrugnięcia okiem. Nie są maszynkami do uszczęśliwiania turystów, ale też nie atakują, nie męczą i nie starają się na każdym kroku wyłudzić od ciebie kasy (choć rzecz jasna nie jest to regułą). Mam wrażenie, że podobnie, jak Tybetańczycy, czy Nepalczycy, mieszkańcy Laosu są po prostu nieco dumniejsi i bardziej świadomi swojej wartości w porównani chociażby do dużej części Hindusów. Nie będą biegać za tobą przez pół miasta, wrzeszcząc, lub płaszcząc się, by namówić cię do kupna tandetnej figurki za 3 dolary. Nie rzucą wszystkiego, co w tej chwili robią, by skłonić cię do ubicia "świetnego" interesu i jednocześnie nie poświęcą ci więcej uwagi, niż ich zdaniem ci się należy. Nie będą też targować się do upadłego, oddając ci swój towar za półdarmo, wręcz przeciwnie, jeśli zaoferujesz zbyt niską cenę, stanowczo odmówią, być może nawet obdarzając cię pełnym politowania spojrzeniem i wrócą do swoich spraw. 

Kwestia targowania się, była zresztą dla mnie pewnym zaskoczeniem, bo, choć niecierpię tego robić, to jednak jadąc do Azji, zawsze jestem przygotowana na słowne potyczki. Tu, jak się okazało, obniżanie cen, to raczej delikatny posmak dania, aniżeli jego główny temat i jeżeli przesadzimy z ofertą, a zależy nam na zakupie, będziemy musieli ukorzyć się przed sprzedawcą i przyjąć jego warunki. 

Niestety, podobnie sprawy mają się z wszelkiego rodzaju tuk tukami, pick up’ami, czy też jakimkolwiek innym środkiem transportu prywatnego (no bo jeśli autobusy i pociągi to transport publiczny, to wszelkie riksze i taksówki, to chyba prywata, nie?). Co więcej, ceny, dyktowane przez przekonanych o majętności białego człowieka kierowców, czasem naprawdę zbijają z tropu i przyprawiają o ból głowy. Zdarzyło nam się zarówno naprawdę nieźle przepłacić za przejażdżkę, jak i zrezygnować z jednej wycieczki, bo najzwyczajniej w świecie uznaliśmy, że kosmiczna suma jest zbyt wysoka. W pierwszym przypadku winne było, jak to zwykle bywa, zmęczenie i związana z nim trudność w przestawieniu się na laotańską walutę (kip, 1000 KIP = 0.5 PLN), w drugim po prostu nie udało nam się znaleźć NIKOGO kto zaoferowałby usługę taniej (minusy ciągle średnio rozwiniętej infrastruktury turystycznej). 

Jeśli chodzi o ceny w Laosie, to tu spotyka nas druga niespodzianka. Dlaczego? Ano, dlatego, że z różnych, nieco zbyt barwnych, jak się okazuje, opowieści słyszałam wiele o super-tanim-wszystkim w Laosach, Wietnamach, Kambodżach, itp. Ktoś kiedyś próbował mi sprzedać bajkę o tym, jak to za 5 dolarów można sobie wynająć fantastyczny bungalow z dostępem do basenu i mieszkać za półdarmo w luksusowych warunkach. Wszystko brednie! Całe szczęście, że tego typu rewelacje zawsze przyjmuję z przymrużeniem oka i robię swoją własną kwerendę. JEDNAK!, ku naszemu lekkiemu zdziwieniu, ceny w tym miejscu bardzo często dorównywały polskim, a jeśli chodzi o produkty zainteresowania białasów, to czasem nawet przewyższały rozsądne normy, czego już z całą pewnością nie przewidziałam. Posiłki w knajpkach czy budkach ciągle, co prawda, były w naszym zasięgu i zapłacenie za puszkę coli w barze 3.5 zł, 12 zł za ryż z warzywami i sosem, czy też 5 zł za naleśnika na ulicy nie było jakąś tragedią, ale z całą stanowczością odkryliśmy, że wycieczka ta będzie nas kosztowała nieco więcej, niż tajskie przyjemności za zachodnią granicą. 

Co dalej? Cóż, ja, choć być może to wyłącznie moje przewrażliwienie, momentami czułam się nieswojo z powodu warunków życia panujących w kraju. Owszem, wiem, że żadna w tym moja wina i nijak nie jestem w stanie niczego zmienić, pomijając już to, że polski naród też wycierpiał swoje, kupując na kartki podłe ilości  słodyczy, podczas gdy wszyscy na Zachodzie jedli rurki z kremem i opijali się gorącą czekoladą z bitą śmietaną, jednak jakoś tak troche było mi nie tak. No bo, jakże to tak… my idziemy sobie, zachodząc po zimną colę do baru, kiedy tylko najdzie nas pragnienie (a to nachodzi niestety bardzo łatwo w takim upale), a z drugiej strony nadbiegają dzieci, które te puszkę chcą ode mnie otrzymać. Jako, że rzeczona już puszka w mgnieniu oka jest opróżniona, zawracam, kupuję im kolejną i z przepraszającym wyrazem twarzy im ją zanoszę. Idąc typ tropem: ja na szyi dźwigam wielki aparat, w plecaku mam komórkę i drugą, małą cyfrówkę do pstrykania szybkich fotek, na biodrach pod spodniami pas z furą forsy (no dobra, zagalopowałam się) i jak gdyby nigdy nic jestem sobie na wakacjach, a ludzie, których mijam żyją biednie i niewiele mogą z tym zrobić… 

No bo Laos to nie do końca taki tam sobie typowy kraj. Komunistyczne republiki rządzą się swoimi prawami. To niezupełnie tak, jak u nas, że jeśli chcesz od życia czegoś więcej, to wystarczy mieć pomysł i go realizować. To troche tak, jakby coś przyczepiło ci się do nogi i nie chciało puścić, ciągnąc ku dołowi. Taka, niby powszechna sielanka, gdzie wszyscy mają po równo, ale rezultacie to można przyznać, że mają po równo niczego. No bo co to jest dla Europejczyka: walący się domek na krzywych palach, zakurzone podwórko, kijek zamiast zabawki i miska ryżu na śniadanie? Nic. A dla nich to często wszystko. 

Typowy laotański dom. Don Det.



Zaplecze jednej z restauracji.


Nie chciałabym przesadzać, bo przecież widziałam na dworcu autobusowym emitowany na wielkim ekranie telewizora teleturniej w iście zachodnim stylu. Na nim wymalowane prezenterki w obcisłych ciuszkach i zachodnich fryzurach wdzięczyły się do publiczności i śmiały się perliście. Widziałam też normalne samochody i całkiem przyzwoite budownictwo w Wientianie. Niektórych pałacyków zresztą nie powstydziłby się niejeden zachodni biznesman. Jednak… ciągle jakoś dziwnie było mi mijać tych, którzy cały dzień ciężko pracują, by zarobić na swój ryż. 

A no tak… bo tak prawdę mówiąc, to w Laosie faktycznie da się przeżyć za dolara dziennie! Tylko nie do końca wygląda to tak, jak sobie wyobrażamy w Europie. W cenę tę nie wliczają się żadne wygody, ani luksusy, a jedynie źródlana przegotowana woda, lepki ryż, jedzony ze wspólnej miski palcami, zero elektryczności, telewizji, komputerów i innych przyjemności. Jeśli do tego doliczyć kąpiele, najlepiej w pobliskiej rzece, albo w wiadrze wody czerpanej ze studni, to jesteśmy w domu. Może ze względu na tę szarość codzienności nie wszyscy wyglądają, jakby na lepsze życie trafić nie mogli. 

Z ciekawostek jeszcze innych dodam, że w samym Laosie nie produkuje się zbyt wiele, a zdecydowana większość towarów dostępnych na sklepowych półkach (a jednak wciąż lepiej niż Polsce PRL-u) pochodzi z importu. Stąd też wyższe ceny. Najbardziej widać to na przykładzie towarów, może nie luksusowych, ale też nie będących podstawą wyżywienia mieszkańcow kraju: chipsach, napojach gazowanych (zwłaszcza oryginalnym Red Bullu) czy alkoholach. Koszt drinka w pierwszym lepszym barze (nie, żebym jakoś często sięgała) oscyluje w granicach 15-25 zł (sic!). Dla porównania, mieszanki z produkowaną na miejscu ryżową Wódką Lao kupowaliśmy za ok. 10 zł. Różnicy nie ma prawie żadnej. Aż chciałoby się wspierać rodzimy przemysł, ale tego nie ma jedna zbyt wiele.

Komuś robalka na przekąskę?

Sieci rybackie.

Sieci rybackie i suszące się na słońcu rybne pęcherze.


Golibroda. Ktoś chętny? :)




W tym samym też barze przeczytaliśmy bardzo ciekawą ulotkę, jaką w niektórych barach zamieszcza się w formie kawiarnianej gazety. Z tej też ulotki, oprócz powyższych informacji dowiedzieliśmy się także, dlaczego w Laosie cały ruch zamiera o 23:30. Zdziwieni? No tak, bo każdy, kto jedzie na wakacje oczekuje, że tam wszystko będzie się kręciło wokół jego osoby, że bary i restauracje, otwarte do późna grać będą głośną muzykę i w nieskończoność podawać posiłki i napoje, że cały świat po prostu czeka, by lec do stóp... a tu zonk. W Laosie o 23:30 wszystko cichnie, koniec i kropka. No, może poza miejscami wybitnie szczególnymi, do których nie dociera policja, by egzekwować prawo, takimi, jak Vang Vieng. Zaraz? Czy ja powiedziałam: „policja”? A no właśnie... bo zasada ta nie jest ot taką sobie oddolną inicjatywą, ale najpoważniejszym w świecie zarządzeniem władz! W dodatku egzekwowanym z największą skrupulatnością (o ile oczywiście w pobliżu znajdzie się jakiś funkcjonariusz prawa ;)). Dlaczego? Otóż właśnie dlatego, żeby zapewnić obywatelom minimum tak zwanych praw, do których zaliczyć możemy także prawo do wyspania się. Zarządzenie to, ma chronić ludzi przed zarywaniem nocek i umożliwić KAŻDEMU powrót do domu przed północą i minimum 6 godzin snu przed kolejnym dniem. Z racji tego, że cykl dnia wyznacza tu słońce, a jak to bywa w tych regionach świata te zazwyczaj wstaje i zachodzi około 6 i 18 pomysł ten wydaje się całkiem rozsądny.





 Mimo jednak wszelkich niedogodności i niestety dotykającej dużą część społeczeństwa biedy, Laotańczycy są przyjaźnie nastawieni i w żaden sposób nie próbują nastawać na niczyje zdrowie, życie, czy majątek (chyba,  że na zasadzie transakcji kupna-sprzedaży :)), z tym zapewnieniem spieszę do wszystkich strapionych rodziców, których pociechy planują wybrać się w te strony :). Mimo, iż dla wielu Laos leży na końcu świata i "Bóg wie, co tam się dzieje", zapewniam, że realia życia i tak zwane bezpieczeństwo publiczne stoi tu na takim samym poziomie, jak gdziekolwiek indziej. Zupełnie nie ma powodu do obaw.

Jeśli odejdziesz kawałek dalej od głównych dróg i największych miast, zagłębisz się na obrzeża miasteczek i wiosek, albo wyruszysz dalej, gdzie turystów trochę mniej (choć już na początku zaznaczę, że nie jest to specjalnie oblegany kraj) to z pewnością spotkasz pomocnych, życzliwych i radosnych Laotańczyków, wołających do ciebie sabaidee ze swoich domów i życzących uśmiechem miłego dnia. Spotkasz też dzieci, które będą chciały przybić ci piątkę i cieszyć się będą, że im odmachałeś. Zobaczysz to, czego nie widać przy atrakcjach, do których mogłoby szybciej zawieźć cię biuro podróży. :)